06.01.2023, 21:27 ✶
Brenna nie wahała się przed wmieszaniem. Była tu wprawdzie już po godzinach, ale ot charakter miała taki, jaki miała. Nie planowała zresztą zmuszać do reakcji Victorii, przynajmniej dopóki w barze wszyscy nie próbowali się pozabijać, ponieważ wtedy już musiałaby prosić o pomoc. W sytuacji, w której siedziałyby cicho, gdyby wokół mordowali się ludzie, obie musiałyby się szefom gęsto tłumaczyć.
Okrzyk nie uspokoił sytuacji, ale przynajmniej zapobiegł ogólnemu nawalaniu i, jak miała nadzieję, powstrzyma kolegów zainteresowanych przed gromadnym rzuceniem w nią klątw. Gdzieś za jej plecami ktoś poderwał się ze stolika i rzucił ku wyjściu na ulicę, ktoś będący bliżej przejścia na Pokątną pognał tam. Któryś z co przytomniejszych towarzyszy zabawy agresorów teleportował się z cichym pyknięciem, gdy zdał sobie sprawę z tego, że sytuacja eskaluje, a na miejscu jest Brygada. Ten, który dał w gębę chłopakowi, próbującemu powstrzymać walkę, też znikł, pewnie chcąc uniknąć problemów.
Dobrze, im mniejszy tłum, tym lepiej.
Jeżeli szło zaś o Brennę, w tej samej chwili, w której zaklęcia przeleciały przez Kocioł, cisnęła własne, petryfikujące. Nie wypowiadała formuły na głos, nie chcąc dać znać, co planuje. Wycelowała bez wahania w mężczyznę, który użył confringo - z dwóch powodów.
Po pierwsze, było to zaklęcie bardziej niebezpieczne, więc to on chciał tutaj sprawić większe problemy i był gotów poważnie krzywdzić innych.
Po drugie, czarodziej trafiony confringo prawdopodobnie pozbiera się wolniej niż po rictrusempra, więc istniała mniejsza szansa, że on zostawiony na moment samemu ciśnie coś w Brennę.
- NIE DOTYKAĆ RÓŻDŻEK! – ostrzegła, nauczona, że wprawdzie przestępca rzadko zatrzyma się na okrzyk „stój”, ale dziewięciu na dziesięciu zwykłych czarodziejów słucha odpowiednio głośno krzyczących Brygadzistów. Zawsze problemem była ta dziesiąta osoba i brak wsparcia, ale co poradzić?
Nie podchodziła od razu do sparaliżowanego mężczyzny, najpierw z różdżką w jednym ręku, i odznaką wciąż w drugim, rozglądając się po barze, czy ktoś przypadkiem nie wpadnie na jeszcze jakiś głupi pomysł.
Okrzyk nie uspokoił sytuacji, ale przynajmniej zapobiegł ogólnemu nawalaniu i, jak miała nadzieję, powstrzyma kolegów zainteresowanych przed gromadnym rzuceniem w nią klątw. Gdzieś za jej plecami ktoś poderwał się ze stolika i rzucił ku wyjściu na ulicę, ktoś będący bliżej przejścia na Pokątną pognał tam. Któryś z co przytomniejszych towarzyszy zabawy agresorów teleportował się z cichym pyknięciem, gdy zdał sobie sprawę z tego, że sytuacja eskaluje, a na miejscu jest Brygada. Ten, który dał w gębę chłopakowi, próbującemu powstrzymać walkę, też znikł, pewnie chcąc uniknąć problemów.
Dobrze, im mniejszy tłum, tym lepiej.
Jeżeli szło zaś o Brennę, w tej samej chwili, w której zaklęcia przeleciały przez Kocioł, cisnęła własne, petryfikujące. Nie wypowiadała formuły na głos, nie chcąc dać znać, co planuje. Wycelowała bez wahania w mężczyznę, który użył confringo - z dwóch powodów.
Po pierwsze, było to zaklęcie bardziej niebezpieczne, więc to on chciał tutaj sprawić większe problemy i był gotów poważnie krzywdzić innych.
Po drugie, czarodziej trafiony confringo prawdopodobnie pozbiera się wolniej niż po rictrusempra, więc istniała mniejsza szansa, że on zostawiony na moment samemu ciśnie coś w Brennę.
- NIE DOTYKAĆ RÓŻDŻEK! – ostrzegła, nauczona, że wprawdzie przestępca rzadko zatrzyma się na okrzyk „stój”, ale dziewięciu na dziesięciu zwykłych czarodziejów słucha odpowiednio głośno krzyczących Brygadzistów. Zawsze problemem była ta dziesiąta osoba i brak wsparcia, ale co poradzić?
Nie podchodziła od razu do sparaliżowanego mężczyzny, najpierw z różdżką w jednym ręku, i odznaką wciąż w drugim, rozglądając się po barze, czy ktoś przypadkiem nie wpadnie na jeszcze jakiś głupi pomysł.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.