24.06.2024, 22:29 ✶
On nic sobie z tego nie robił. On tak po prostu jej o tym powiedział. Jego zblazowane, zmęczone płakaniem, szarpaniem się ze światem oczy, wyrażały już tylko litość, ale jej wielkie złociste gały odbijały całą falę szoku, która przez nią się przejebała tym jednym prostym stwierdzeniem.
Ale ktokolwiek doszukiwałby się w tych ślepiach odrazy, to mógłby się srogo pomylić. Millie była przerażona tym jak bardzo niedowierzanie ściera się z fascynacją, jak usta formułują proste pytanie:
Jak kurwa do tego doszło, ucz mnie! – bo kuzyn kuzynem, ale Moody doskonale wiedziała, gdzie złożone było jej serce, przed czym próbowała uciec wciąż i wciąż wrzucając się w cudze ramiona, w cudze pocałunki. Może tylko przez chwilę, myślała że jest bezpieczna, przez chwilę mogła ukryć się w jego antytezie, pod białym kruczym skrzydłem, białymi opuszkami pocałunków lekkich jak śnieg, ale to były mrzonki, to był sen zdradzony ślubnymi dzwonami. A on, jej nie porzucił. Nigdy, nie mógłby, przywiązany do niej czymś silniejszym niż przysięgi przed ołtarzem, przywiązany zobowiązaniem, na które skazali ich rodzice.
To było ostro pojebane i nienawidziła siebie za to z całego serca. Gdy spotkali się Edgem poprzednim razem była w bardzo złym miejscu i równie złym czasie, w ciągu, który miał ją wyciągnąć z tego, a tylko dopierdalał bólem, którego nie potrafiła znieść. Alkohol, seks, narkotyki, to przytępiało tylko na chwilę, na krótki moment przynosiło ulgę, a potem budziła się w tym samym przepoconym łóżku, zasłuchana w te same nierównomierne kroki. Ukochane kroki. Jedyne, przy których czuła się bezpieczna. Kroki skazańca. Kroki kogoś, kto nie miał wyboru - musiał ją znosić. Każdego przejebanego dnia. Każdej bezsennej nocy.
Bezpieczna, ale czy aby na pewno? Dusza sabotowała komfort tej czystej miłości, kaziła ją zakazanym pragnieniem, słodką trucizną wgryzającą się w oczy i nozdrza, odbierającą dech zazdrością, przyspieszającą puls, toczącą pianę fantazją.
Przez ciało przeszedł pierwszy dreszcz, a potem drugi. Niekontrolowany odruch ciała, powłoki, która gwałtownym skurczem chciała pobudzić się do życia. Zespół niespokojnych nóg, tak na to mówili, a ona przecież nie spała, nie śniło jej się to dziwne spotkanie, nie wymyśliłaby sobie twarzy dawnego kochanka okraszonej przydługimi kędziorami. Kolejny dreszcz, jakby spadała, jakby zapadała się w sobie, łzy napłynęły jej do oczu. To była zła droga i ona wiedziała, że to jest zła droga i nigdy, przenigdy nie powinna nią iść. To przecież wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy - o wiele bardziej, niż zdolności. Jej zdolności były chujowe, była słaba, była spragniona bliskości, dotyku, uwagi. Tak bardzo chciała, żeby ktoś ją kochał. Żeby on ją kochał. I zawsze, zawsze to był wybór, jej wybór, że nic z tym nie zrobi, że nie przekroczy granicy, nie dotknie bardziej, nie będzie szukać okazji. Ale z każdym dniem, z każdym miesiącem, a teraz zwłaszcza, po trzech miesiącach w Lecznicy Dusz... te wybory były coraz trudniejsze do zagłuszenia.
Pętla zaciskała się coraz bardziej, zapomniała o lekach, a koszmary wyciągały po nią zachłanne ręce. Słyszała ich lepkie opuszki sunące po kamiennych ścieżkach, pojedyncze odciski czarnych dłoni pragnących wydrzeć jej istnienie znów w niebyt. Obiecała mu, że tego nie zrobi, ale czy nie byłoby wtedy wszystkim łatwiej? Dłońmi zakryła twarz, jej kręgosłup zawinął się jak pozostawiona na słońcu łupina pomarańczy. Jasna potterowska powłoka odsłoniętych pleców fałszywie zasłaniała rozległy piorun, który powinien dopełniać kreacji, dumnie wyeksponowany. Jej maska topiła się, jak skropiona kwasem, odsłaniając cała brzydotę i rozkład, którego jeszcze nikt nie dostrzegał, ale może jutro, może za dwa dni, może wtedy każdy się pozna na tym z jakiego szlamu została ulepiona, kaleka na ciele i umyśle. Może wtedy dadzą jej znowu zasnąć.
Głęboki szloch wyparł wszelkie słowa, jakby mężczyźnie znów udało się otworzyć w niej komnatę, która powinna być zamknięta. Zwinięta w rulon na męskiej marynarce, zatkała sobie uszy kołysząc się lekko w przód i w tył, nie mogąc znieść plaśnięć idących po nią dłoni. Kaszel zalewającej gardło flegmy nieregularnie przecinał charkotem powietrze.
@The Edge