25.06.2024, 08:54 ✶
– Niewiele wiem o znaczeniu kwiatów, ale te wyglądają… na pełne życia – odparła, spoglądając na kwiaty, które przyniósł. Były białe, jak jej własny bukiet, o którym myślała, że tak bardzo nie pasował do Jasona, ale drobne kwiatki, i masa zielonych liści przywodziły jej na myśl dziką roślinność, zdolną do przetrwania w najtrudniejszych choćby warunkach. Nie kojarzyły się jej ze śmiercią: raczej przeciwnie.
Zdania wypowiadane przez Thomasa zapewne miały sporo sensu, ale Brenna nigdy nie była dobra w wielkich słowach. Znajdowała w nich urok głównie na kartach powieści, i to tych fantastycznych albo o dawnych czarodziejach. Nie potrafiła sama ich wypowiadać – i do licha, ona miała motywować ludzi… - i nie potrafiła odnaleźć w nich pocieszenia. Ale wiedziała, że są ważne: nie wszyscy na szczęście byli aż tak przyziemni jak ona.
– Mówię o sprawiedliwości, nie o zemście – zapewniła, też spoglądając na niego, i posyłając mu uspokajający uśmiech. Choć w istocie wcale nie była pewna, o czym mówi. Wojna sprawiała, że biel mieszała się z czernią i coraz mocniej malowała Brennę szarością. Kłamała, oszukiwała, mataczyła, nie ufała dawnym przyjaciołom, łamała prawo od dobrego półtora roku, a w świetle ogni Beltane zrodziło się tylko jeszcze więcej cieni.
Gdyby dorwała mordercę wujka albo zabójcę Jase'a, być może uderzałaby dokładnie tak jak oni: by zabić. Brenna boleśnie zdawała sobie sprawę z tego, że chociaż podziemia zawsze potrzebowały bohaterów, na których ludzie mogliby z nadzieją się oglądać, to równie albo bardziej niezbędne były osoby, które zejdą w ciemność i jeśli trzeba ubrudzą sobie ręce.
Nie nadawała się na symbol i bohatera, zresztą tę rolę obsadzał w pewnym sensie Albus Dumbledore.
Być może miała jednak dla Zakonu Feniksa upaść. Może to miał być jej wybór: nie łatwy, nie dobry, ale jedyny słuszny.
Nie było to jednak coś, o czym chciałaby opowiedzieć Thomasowi. Nie było to coś, czym powinna się dzielić z kimkolwiek z nich, i bardzo nie chciałaby, aby Figg miał być jednym z tych, którzy ubrudzą sobie te ręce.
– Oczywiście, że tak nie uważał. Nie były sobą, gdyby tak pomyślał – powiedziała, zwracając spojrzenie z powrotem na grób, ozdobiony kwiatami. W jej uszach rozbrzmiewał głos Jasona, echa usłyszane w kręgu widmowidza, On nawet się na tym nie zastanawiał, chciał po prostu uratować Catherine, dziewczynę, którą powierzono mu pod opiekę. Brenna wątpiła, by wtedy zastanawiał się nad tym, co jest słuszne albo miał w głowie cokolwiek innego poza zapewnieniem jej bezpieczeństwa.
Co z tego, że wybrał to, co dobre, skoro teraz nie żył?
Jako auror na pewno zdawał sobie sprawę z ryzyka, zwłaszcza od początku wojny, ale to niczego nie ułatwiało.
Zdania wypowiadane przez Thomasa zapewne miały sporo sensu, ale Brenna nigdy nie była dobra w wielkich słowach. Znajdowała w nich urok głównie na kartach powieści, i to tych fantastycznych albo o dawnych czarodziejach. Nie potrafiła sama ich wypowiadać – i do licha, ona miała motywować ludzi… - i nie potrafiła odnaleźć w nich pocieszenia. Ale wiedziała, że są ważne: nie wszyscy na szczęście byli aż tak przyziemni jak ona.
– Mówię o sprawiedliwości, nie o zemście – zapewniła, też spoglądając na niego, i posyłając mu uspokajający uśmiech. Choć w istocie wcale nie była pewna, o czym mówi. Wojna sprawiała, że biel mieszała się z czernią i coraz mocniej malowała Brennę szarością. Kłamała, oszukiwała, mataczyła, nie ufała dawnym przyjaciołom, łamała prawo od dobrego półtora roku, a w świetle ogni Beltane zrodziło się tylko jeszcze więcej cieni.
Gdyby dorwała mordercę wujka albo zabójcę Jase'a, być może uderzałaby dokładnie tak jak oni: by zabić. Brenna boleśnie zdawała sobie sprawę z tego, że chociaż podziemia zawsze potrzebowały bohaterów, na których ludzie mogliby z nadzieją się oglądać, to równie albo bardziej niezbędne były osoby, które zejdą w ciemność i jeśli trzeba ubrudzą sobie ręce.
Nie nadawała się na symbol i bohatera, zresztą tę rolę obsadzał w pewnym sensie Albus Dumbledore.
Być może miała jednak dla Zakonu Feniksa upaść. Może to miał być jej wybór: nie łatwy, nie dobry, ale jedyny słuszny.
Nie było to jednak coś, o czym chciałaby opowiedzieć Thomasowi. Nie było to coś, czym powinna się dzielić z kimkolwiek z nich, i bardzo nie chciałaby, aby Figg miał być jednym z tych, którzy ubrudzą sobie te ręce.
– Oczywiście, że tak nie uważał. Nie były sobą, gdyby tak pomyślał – powiedziała, zwracając spojrzenie z powrotem na grób, ozdobiony kwiatami. W jej uszach rozbrzmiewał głos Jasona, echa usłyszane w kręgu widmowidza, On nawet się na tym nie zastanawiał, chciał po prostu uratować Catherine, dziewczynę, którą powierzono mu pod opiekę. Brenna wątpiła, by wtedy zastanawiał się nad tym, co jest słuszne albo miał w głowie cokolwiek innego poza zapewnieniem jej bezpieczeństwa.
Co z tego, że wybrał to, co dobre, skoro teraz nie żył?
Jako auror na pewno zdawał sobie sprawę z ryzyka, zwłaszcza od początku wojny, ale to niczego nie ułatwiało.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.