25.06.2024, 12:44 ✶
Charlotte nie czuła potrzeby sprawdzania, czy jej dzieci są dobrze przygotowane do wejścia w dorosłość, bo szczerze wierzyła, że owszem. Potrafiły się bronić, potrafiły myśleć, potrafiły za pomocą magii ugotować posiłek, wiedziały do kogo iść, gdyby ktoś się im naprzykrzał, gdyby musiały pozbyć się czyichś zwłok albo gdyby potrzebowały pieniędzy. Gdyby miały jakiś inny kłopot, albo by o tym powiedziały jej, albo któremuś z wujków (to byłby jednak skandal, bo to ona oczywiście dawała najlepsze rady i najlepiej radziła sobie w trudnych sytuacjach, i nikt nie przekonałby jej, że jest inaczej), albo (była pewna), wyciągnęłaby informacje o tym kłopocie sama, w ten czy inny sposób.
I jak przystało na kochającą mamę, zadbałaby, aby kłopot przestał być kłopotem.
Zresztą i tak wciąż mieszkali wszyscy przy Horyzontalnej - pewnie gdyby postanowiły wyfrunąć gdzieś za ocean, patrzyłaby na to inaczej, ale mając je pod ręką, nie widziała żadnego problemu we wspólnym spędzaniu czasu na cmentarzu w upiornym Little Hangleton.
– Zawsze bardzo lubiłam cmentarze – oświadczyła Charlotte, zupełnie obojętna na ten absolutny i skandaliczny brak entuzjazmu Kelly'ego. Bo tutaj w pobliżu było ciało ghula! Nie szkodzi, że on nie był entuzjastyczny, ona będzie entuzjastyczna za nich dwoje. – Ten podobno jest bardzo nawiedzony, ale jakoś wszystkie duchy chowają się na mój widok. Chyba ktoś wspomniał im, że jestem spirytystką i mogły uznać, że je egzorcyzmuję…
Gdy akurat specjalizowała się raczej w wywoływaniu duchów niż ich egzorcyzmowaniu.
– Nie rób takiej miny, skarbie, nie będziesz musiał wchodzić do środka – zapewniła i poklepała go po ramieniu. Ostatecznie nie wszyscy nie mieli żadnego problemu z babraniem się w szczątkach, zwłaszcza szczątkach ghuli. Na Charlotte nie robiło to żadnego wrażenia, ale po pierwsze, na niej mało co robiło wrażenie, po drugie uważała, że po tylu latach pośród Amerykan martwi (obojętnie czy pod postacią trupów czy duchów) nie są już żadnym wyzwaniem. – Ty tylko zdejmiesz klątwę, mama da sobie radę z resztą.
Przesunęła wzrok po okolicy, ale w świetle zachodzącego słońca jak okiem sięgnąć widać było tylko groby. Doskonale. Oto jeden z powodów, dla których Charlotte lubiła cmentarze: rzadko spotykało się tutaj żywych.
Skierowała się w odpowiednią alejkę, zmierzając do wiekowego grobowca, porośniętego bluszczem. Rodzina, do której należał, wymarła już dość dawno: człowiek (ghul!), którego tu pochowano był podobno jej ostatnim przedstawicielem…
I jak przystało na kochającą mamę, zadbałaby, aby kłopot przestał być kłopotem.
Zresztą i tak wciąż mieszkali wszyscy przy Horyzontalnej - pewnie gdyby postanowiły wyfrunąć gdzieś za ocean, patrzyłaby na to inaczej, ale mając je pod ręką, nie widziała żadnego problemu we wspólnym spędzaniu czasu na cmentarzu w upiornym Little Hangleton.
– Zawsze bardzo lubiłam cmentarze – oświadczyła Charlotte, zupełnie obojętna na ten absolutny i skandaliczny brak entuzjazmu Kelly'ego. Bo tutaj w pobliżu było ciało ghula! Nie szkodzi, że on nie był entuzjastyczny, ona będzie entuzjastyczna za nich dwoje. – Ten podobno jest bardzo nawiedzony, ale jakoś wszystkie duchy chowają się na mój widok. Chyba ktoś wspomniał im, że jestem spirytystką i mogły uznać, że je egzorcyzmuję…
Gdy akurat specjalizowała się raczej w wywoływaniu duchów niż ich egzorcyzmowaniu.
– Nie rób takiej miny, skarbie, nie będziesz musiał wchodzić do środka – zapewniła i poklepała go po ramieniu. Ostatecznie nie wszyscy nie mieli żadnego problemu z babraniem się w szczątkach, zwłaszcza szczątkach ghuli. Na Charlotte nie robiło to żadnego wrażenia, ale po pierwsze, na niej mało co robiło wrażenie, po drugie uważała, że po tylu latach pośród Amerykan martwi (obojętnie czy pod postacią trupów czy duchów) nie są już żadnym wyzwaniem. – Ty tylko zdejmiesz klątwę, mama da sobie radę z resztą.
Przesunęła wzrok po okolicy, ale w świetle zachodzącego słońca jak okiem sięgnąć widać było tylko groby. Doskonale. Oto jeden z powodów, dla których Charlotte lubiła cmentarze: rzadko spotykało się tutaj żywych.
Skierowała się w odpowiednią alejkę, zmierzając do wiekowego grobowca, porośniętego bluszczem. Rodzina, do której należał, wymarła już dość dawno: człowiek (ghul!), którego tu pochowano był podobno jej ostatnim przedstawicielem…