28.06.2024, 21:24 ✶
Nie odpowiedział na słowa Erika; zamiast tego uśmiechnął się pokrzepiająco i zacisnął mocniej dłoń na jego ramieniu. Nie chciał tak łatwo pozwolić odejść temu młodzieńcowi, nie teraz, kiedy spojrzał w jego przerażone, a jednocześnie pełne spolegliwości oczy, kiedy ujrzał, jak wielkim darzy go uwielbieniem i... o zgrozo, jak bardzo przypomina mu Garricka Ollivandera w tym swoim nieśmiałym zachwycie. Chłopak był śliczny, zdecydowanie w jego typie i najwidoczniej nim oczarowany (a któż nie był? Kolejny rok z rzędu został nazwany najprzystojniejszym czarodziejem w rankingu Czarownicy, kobiety mdlały, kiedy słał im swoje wystudiowane uśmiechy, a młodzi mężczyźni, tacy jak ten, który stał właśnie przed nim, peszyli się oniemiali), co Laurence Selwyn zamierzał wykorzystać. W tamtych czasach, to znaczy u szczytu swojej kariery, nie znał czegoś takiego jak skrupuły i łapczywie chwytał każdą okazję, jaką podrzucał mu los, nie myśląc wcale o konsekwencjach swych egoistycznych działań. To zabawne, jak czasem niewiele potrzebował - zaledwie dwóch zdań wymienionych na schodach, kilku spojrzeń i niezręcznych uśmiechów - by zadecydować, że go chce; zarumienionego od wina, na kolanach, wijącego się w jego pościeli...
...później. Nie było nic gorszego, niż pośpiech. Nie było nic gorszego, niż pośpiech; pośpiech mógł wystraszyć jego młodego towarzysza, a tego nie chciał. Musiał działać powoli, z dobrze wypracowaną strategią... Zsunął więc dłoń z jego ramienia i oparł ją na plecach, nisko, prawie na jego biodrze, jakby chciał przygarnąć chłopaka do siebie. Uśmiechał się przy tym serdecznie, ale był to uśmiech jadowitej żmii na moment przed atakiem.
W loży, do której wprowadził go Laurence, nie było nikogo poza nimi; ekipa Selwyna przeniosła się do innego pomieszczenia, wyraźnie pełna ulgi, że mogła wreszcie się go pozbyć. Sama loża była zamkniętym pomieszczeniem, z dwiema dużymi kanapami naprzeciwko siebie i małym przeszklonym stolikiem. Naprzeciwko drzwi znajdowała się szyba, przez którą mogli obserwować scenę na dole i bawiących się czarodziejów, ale nie było to zwykłe szkło, lecz lustro weneckie - oni sami pozostawali ukryci przed wzrokiem innych.
— Twoja, tak? — zapytał z szelmowskim uśmiechem, unosząc do góry trzymaną marynarkę, jakby ta była przedmiotem jego triumfu, a potem zawiesił ją na wskazującym palcu i przerzucił sobie przez ramię — Oddam ci ją, jeśli wypijesz ze mną drinka.
Nawet nie zapytał go o to, co było w kieszeni, ani nie zadał żadnego innego pytania, by potwierdzić, że odznaka Brygady należała do niego. Zależało mu tylko na jak najszybszym pozbyciu się rzeczy, którą zabrał w przypływie dobroduszności i nie obchodziło go, czy znalazł jej prawdziwego właściciela. W razie skandalu, on przecież nic nie wiedział.
— Jak będzie? — usiadł wygodnie na jednej kanapie, a potem chwycił za dzwoneczek stojący na stoliku. Zdawało się, że w tym chaosie nikt nie usłyszy jego dźwięku, ale było inaczej; dzwoneczki w lożach zaczarowano w taki sposób, by odpowiadały tym zawieszonym nad barem (na piętrze zresztą znajdował się drugi bar; bardziej luksusowy, pełen bardziej wytrawnych trunków niż piętro niżej), dlatego też zaraz w drzwiach pojawił się kelner. Tak, kelner - bo takie miejsca rządziły się swoimi prawami. — To samo, co zwykle. Dwa razy — zwrócił się do niego Laurence, a kiedy zniknął, spojrzał znów na swojego towarzysza.
— Jak masz na imię?
...później. Nie było nic gorszego, niż pośpiech. Nie było nic gorszego, niż pośpiech; pośpiech mógł wystraszyć jego młodego towarzysza, a tego nie chciał. Musiał działać powoli, z dobrze wypracowaną strategią... Zsunął więc dłoń z jego ramienia i oparł ją na plecach, nisko, prawie na jego biodrze, jakby chciał przygarnąć chłopaka do siebie. Uśmiechał się przy tym serdecznie, ale był to uśmiech jadowitej żmii na moment przed atakiem.
W loży, do której wprowadził go Laurence, nie było nikogo poza nimi; ekipa Selwyna przeniosła się do innego pomieszczenia, wyraźnie pełna ulgi, że mogła wreszcie się go pozbyć. Sama loża była zamkniętym pomieszczeniem, z dwiema dużymi kanapami naprzeciwko siebie i małym przeszklonym stolikiem. Naprzeciwko drzwi znajdowała się szyba, przez którą mogli obserwować scenę na dole i bawiących się czarodziejów, ale nie było to zwykłe szkło, lecz lustro weneckie - oni sami pozostawali ukryci przed wzrokiem innych.
— Twoja, tak? — zapytał z szelmowskim uśmiechem, unosząc do góry trzymaną marynarkę, jakby ta była przedmiotem jego triumfu, a potem zawiesił ją na wskazującym palcu i przerzucił sobie przez ramię — Oddam ci ją, jeśli wypijesz ze mną drinka.
Nawet nie zapytał go o to, co było w kieszeni, ani nie zadał żadnego innego pytania, by potwierdzić, że odznaka Brygady należała do niego. Zależało mu tylko na jak najszybszym pozbyciu się rzeczy, którą zabrał w przypływie dobroduszności i nie obchodziło go, czy znalazł jej prawdziwego właściciela. W razie skandalu, on przecież nic nie wiedział.
— Jak będzie? — usiadł wygodnie na jednej kanapie, a potem chwycił za dzwoneczek stojący na stoliku. Zdawało się, że w tym chaosie nikt nie usłyszy jego dźwięku, ale było inaczej; dzwoneczki w lożach zaczarowano w taki sposób, by odpowiadały tym zawieszonym nad barem (na piętrze zresztą znajdował się drugi bar; bardziej luksusowy, pełen bardziej wytrawnych trunków niż piętro niżej), dlatego też zaraz w drzwiach pojawił się kelner. Tak, kelner - bo takie miejsca rządziły się swoimi prawami. — To samo, co zwykle. Dwa razy — zwrócił się do niego Laurence, a kiedy zniknął, spojrzał znów na swojego towarzysza.
— Jak masz na imię?
the others say
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat