25.06.2024, 22:23 ✶
Kiedyś chciała się tym bawić. Zaklinanie obrazów. To byłoby fantastyczne, móc podbić ich wartość w ten sposób, przekazać co prawdziwie się chciało przekazać. Emocje skryte gdzieś pod czarną strzechą, lęki, obawy, pragnienia. Móc zmusić ludzi, żeby na krótki moment poczuli się jak ona. Tak ekstatycznie, tak beznadziejnie, tak rozpaczliwie. Te wszystkie stany kotłowały się w niej i domagały głosu. Posłuchu. P u b l i c z n o ś c i. Ale nie wiedziała jak to się robi, nie była pewna czy pamięta, czy chociaż raz jej się udało w przeszłości. Myślała o tęsknocie, o bólu, odrzuceniu, myślała o tlącej się w piersi nadziei na to, że kiedyś jeszcze obie będą się z tego śmiały, że będą wspominać tylko to co dobre i piękne między nimi, myślała o zaklęciu, w którym to wszystko powinno się skłębić, o splocie, który powinien wysmyknąć się z trzymanej różdżki i dotknąć kruczych piór...
Miał pecha, ot co! Bo Milldred była zajęta zaklinaniem, a on cierpieniem, więc nic nie stało im wzajem na przeszkodzie. Przeszedł obok. Klif czekał, myśli doprawione kwiatem buzowały, a ona zobaczyła go chwile przed tym gdy zamiast się zatrzymać, zrobił krok w przód.
.
.
.
.
Pęd powietrza był dławiący oddech. Przed oczyma samobójcy roztaczała się spieniona toń, fale rozbijały się o białą skałę Dover. Leciał. Samotny, bo tak to było ze śmiercią, że umierało się zawsze w samotności, bez względu na to iloma osobami wypełnione było życie.
Była jak kruk, o złocistych oczach wpatrzonych w ofiarę. Gnała za nim, uda odruchowo zacisnęły się żelaznym chwytem na miotle, której tam nie było, ciało nawykiem ułożyło się aerodynamicznie, by dopaść znicz przed wszystkimi, by dopaść... Palce zacisnęły się na kostce mężczyzny żelaznym, desperackim chwytem. W drugiej ręce różdżka świsnęła iskrą teleportacji.
.
Leżeli na trawie, wiatr dął nad nimi, przerzucając niespiesznie strony w szkicowniku. Nieznajomy mężczyzna czuł cały czas uchwyt na kostce, jak magiczne kajdana zbyt ciasne, by stopa przetrwała długi czas w tej niewoli. A potem do jego uszu dobiegł śmiech, śmiech ulgi radości, śmiech szaleńczy, śmiech kogoś kto by powiedział:
– KURWAAAAA! Zajebisteeeeee! Zróbmy to JESZCZE RAZ! – Niewielka istota, o rozwianych kruczoczarnych włosach dźwignęła się na kolana, łaskawie wypuszczając jego kostkę. Oddychała płytkim, rwanym oddechem, wciąż śmiejąc się histerycznie. Jej karminowy sweter odcinał się mocno na tle zieleni okolicy, nie bardziej niż miodowe oczy osadzone na szczupłej, bladej twarzy. – Ale tym razem z miotłą, bo Brenna by mnie totalnie ZAJEBAŁA jakby się dowiedziała co tu zrobiliśmy, ja pierdole – odgarnęła część kosmyków z twarzy lustrując nieznajomego. – Nawiałeś z Lecznicy Dusz? Nie kojarzę Cię...
Miał pecha, ot co! Bo Milldred była zajęta zaklinaniem, a on cierpieniem, więc nic nie stało im wzajem na przeszkodzie. Przeszedł obok. Klif czekał, myśli doprawione kwiatem buzowały, a ona zobaczyła go chwile przed tym gdy zamiast się zatrzymać, zrobił krok w przód.
.
.
.
.
Pęd powietrza był dławiący oddech. Przed oczyma samobójcy roztaczała się spieniona toń, fale rozbijały się o białą skałę Dover. Leciał. Samotny, bo tak to było ze śmiercią, że umierało się zawsze w samotności, bez względu na to iloma osobami wypełnione było życie.
Była jak kruk, o złocistych oczach wpatrzonych w ofiarę. Gnała za nim, uda odruchowo zacisnęły się żelaznym chwytem na miotle, której tam nie było, ciało nawykiem ułożyło się aerodynamicznie, by dopaść znicz przed wszystkimi, by dopaść... Palce zacisnęły się na kostce mężczyzny żelaznym, desperackim chwytem. W drugiej ręce różdżka świsnęła iskrą teleportacji.
.
Leżeli na trawie, wiatr dął nad nimi, przerzucając niespiesznie strony w szkicowniku. Nieznajomy mężczyzna czuł cały czas uchwyt na kostce, jak magiczne kajdana zbyt ciasne, by stopa przetrwała długi czas w tej niewoli. A potem do jego uszu dobiegł śmiech, śmiech ulgi radości, śmiech szaleńczy, śmiech kogoś kto by powiedział:
– KURWAAAAA! Zajebisteeeeee! Zróbmy to JESZCZE RAZ! – Niewielka istota, o rozwianych kruczoczarnych włosach dźwignęła się na kolana, łaskawie wypuszczając jego kostkę. Oddychała płytkim, rwanym oddechem, wciąż śmiejąc się histerycznie. Jej karminowy sweter odcinał się mocno na tle zieleni okolicy, nie bardziej niż miodowe oczy osadzone na szczupłej, bladej twarzy. – Ale tym razem z miotłą, bo Brenna by mnie totalnie ZAJEBAŁA jakby się dowiedziała co tu zrobiliśmy, ja pierdole – odgarnęła część kosmyków z twarzy lustrując nieznajomego. – Nawiałeś z Lecznicy Dusz? Nie kojarzę Cię...