28.06.2024, 21:22 ✶
Nie oczekiwała od niego łez, ani skruchy. Nie oczekiwała od Louvaina, że teraz uklęknie przed nią z pierścionkiem, pójdzie do jej ojca i stanie w jej obronie, kupi spóźnioną wyprawkę dla ich syna, będzie razem z nią znosił trudy kolek i pierwszych ząbków oraz radość z pierwszych kroków i słów. Nie chciała dla nich przyszłości, w której musieliby zrezygnować z siebie - przynajmniej częściowo z siebie - i udawać przed światem. To się nie mogło udać, bo chociaż był jedną z osób, które kochała najmocniej na świecie, to miłość ta nie różniła się niczym od tej, którą żywiła względem Oleandra. Czysta, platoniczna i siostrzana. Severine pragnęła, żeby wszystko było jak dawniej; plotki przy winie, zwierzenia przy opium i porozumiewawcze uśmiechy - jej z trybun, jego z boiska - podczas tych kilku sekund meczu, kiedy ich spojrzenia się spotykały. Ale to wszystko było dziś jedynie mrzonką, bo był przecież nimi ktoś, człowiek o rączkach wielkości jej kciuka, który wywracał to wszystko do góry nogami.
Ładnie. Uśmiechnęła się smutno, ale on nie mógł tego zobaczyć, kiedy wtuliła mokry od łez policzek w jego tors. Czy powiedziałbyś tak, gdybyś wiedział, że to imię po bohaterze mugolskiej książki? Prawniku, jak ja. Twoja skóra jest zimna jak lód - czuję to, może i jestem teraz rozdarta, ale nie straciłam czujności. To ty byłeś w Limbo, prawda?
Nawet jeśli, to nie miało to dla niej większego znaczenia. Louvain - celebryta, Louvain - Śmierciożerca; Severine znajdzie sposób, by go ochronić. Ale nie dziś, dziś potrzebowała ramion zamykających się wokół niej i serca wybijającego kojący rytm. O ratowaniu świata - swojego małego świata - będzie myślała jutro.
— Nie wiem, gdzie jest. Dobra wiadomość jest taka, że adoptowali go krewni mojej matki, ale nie mam pojęcia kto i gdzie... Wiesz, ona nie jest tak bezduszna i ta uzurpatorka roszcząca sobie prawo do naszego chłopczyka czasem... czasem... Kontaktuje się z moją matką i dostaję jego zdjęcia. Pokażę ci, mam je zawsze przy sobie — nie odrywając się od Louvaina, chwyciła torebkę, przez chwilę szukała w niej wspomnianej fotografii, czego nie ułatwiały jej drżące dłonie. W końcu udało jej się znaleźć zgięte wpół zdjęcie przedstawiające leżące w łóżku niemowlę. Z pozoru dziecko jak każde inne; pulchne, pyzate, eksponujące w uśmiechu pierwszy dolny mleczak, wesoło machające małymi rączkami i nóżkami do osoby robiącej mu zdjęcie. Im dłużej jednak się mu przyglądało, tym wyraźniejsze stawało się podobieństwo do Lestrenge'a - trudno było powiedzieć, czy było to spojrzenie, kształt noska, czy ciemne włosy; byli po prostu podobni.
Otarła łzy. Odsunęła się od niego nieznacznie, lecz wciąż nie wyswobadzała się z jego uścisku.
— Chcę zniszczyć mojego ojca. Zadać mu taki cios, że nie będzie w stanie się samodzielnie pozbierać i będzie błagać mnie o pomoc. Wtedy odzyskam Atticusa, a on przestanie mi zagrażać.
Ładnie. Uśmiechnęła się smutno, ale on nie mógł tego zobaczyć, kiedy wtuliła mokry od łez policzek w jego tors. Czy powiedziałbyś tak, gdybyś wiedział, że to imię po bohaterze mugolskiej książki? Prawniku, jak ja. Twoja skóra jest zimna jak lód - czuję to, może i jestem teraz rozdarta, ale nie straciłam czujności. To ty byłeś w Limbo, prawda?
Nawet jeśli, to nie miało to dla niej większego znaczenia. Louvain - celebryta, Louvain - Śmierciożerca; Severine znajdzie sposób, by go ochronić. Ale nie dziś, dziś potrzebowała ramion zamykających się wokół niej i serca wybijającego kojący rytm. O ratowaniu świata - swojego małego świata - będzie myślała jutro.
— Nie wiem, gdzie jest. Dobra wiadomość jest taka, że adoptowali go krewni mojej matki, ale nie mam pojęcia kto i gdzie... Wiesz, ona nie jest tak bezduszna i ta uzurpatorka roszcząca sobie prawo do naszego chłopczyka czasem... czasem... Kontaktuje się z moją matką i dostaję jego zdjęcia. Pokażę ci, mam je zawsze przy sobie — nie odrywając się od Louvaina, chwyciła torebkę, przez chwilę szukała w niej wspomnianej fotografii, czego nie ułatwiały jej drżące dłonie. W końcu udało jej się znaleźć zgięte wpół zdjęcie przedstawiające leżące w łóżku niemowlę. Z pozoru dziecko jak każde inne; pulchne, pyzate, eksponujące w uśmiechu pierwszy dolny mleczak, wesoło machające małymi rączkami i nóżkami do osoby robiącej mu zdjęcie. Im dłużej jednak się mu przyglądało, tym wyraźniejsze stawało się podobieństwo do Lestrenge'a - trudno było powiedzieć, czy było to spojrzenie, kształt noska, czy ciemne włosy; byli po prostu podobni.
Otarła łzy. Odsunęła się od niego nieznacznie, lecz wciąż nie wyswobadzała się z jego uścisku.
— Chcę zniszczyć mojego ojca. Zadać mu taki cios, że nie będzie w stanie się samodzielnie pozbierać i będzie błagać mnie o pomoc. Wtedy odzyskam Atticusa, a on przestanie mi zagrażać.