26.06.2024, 02:45 ✶
Zdychaj. Czemu nie chcesz zdechnąć.
Ciała nieumarłych zajęły się ogniem pod wpływem zaklęcia Longbottoma: swąd palonego ludzkiego mięsa mieszał się z intensywną wonią kwiatów porastających miejsce spoczynku Triony. Jakże pięknie pachnie bez, pomyślał spokojnie Mulciber.
Ziemia wypluła tych, których wcześniej pogrzebała żywcem. Alexander nie podniósł nawet głowy, by spojrzeć na ich twarze, choć swoim sprawnym uchem łowił znajome głosy: miał teraz jednak ważniejsze rzeczy na głowie, niż gratulowanie Mildred Moody zmartwychwstania. Nie mylił się, była taka jak on, taka, jak nieumarli, złożeni przez niewymownych w ofierze całopalnej Windermere: uparcie trzymała się przy życiu, nie mogąc – nie chcąc? – po prostu, kurwa, zdechnąć. Gdyby z otchłani wypełzło nowe plugastwo, pomyślał chłodno Alexander, to jedna osoba więcej, która osłoniłaby Rosie. W ciasnej przestrzeni kurhanu zapanował nagły zamęt.
– Pomóżcie brygadziście i dziewczynce na górze – wycedził krótko, podnosząc na chwilę głos. Nie odrywał wzroku od nieumarłego, którego usilnie próbował poderwać do góry zaklęciem. Słowa Alexandra, bardziej niż do nowoprzybyłych, skierowane były do Morpheusa: zwykle nie potrzebował słów, by się z nim porozumieć – nawykł do pracy ze starszym niewymownym – ale chciał mu dać do zrozumienia, że da sobie radę z jednym nieumarłym, ale nie z tyloma żywymi. Niebieskie ślepia mężczyzny rozbłysły determinacją. Podnieś berło Cesarza, chciał powiedzieć Longbottomowi, zapanuj nad chaosem. Rządź nami.
Mulciber wolał oprzeć się o kostur Pustelnika. Wiedział, co robić.
Nieumarły, który wcześniej spadł pod nogi starszego niewymownego wyswobodził się spod zaklęcia. Słodki smród zgnilizny omiótł nozdrza Alexandra, kiedy truchło ruszyło w jego stronę. Kurwa mać. Katafalk, na którym spoczywały kości Triony znajdował się za jego plecami. Była tam także Ambrosia, której spokojny głos dobiegał jakby z oddali. Alex zastąpił nieumarłemu drogę, licząc, że zaklęcie ochronne nałożone na ołtarz spowolni truchło na tyle, by on zdołał spleść odpowiednie zaklęcie. Zacisnął zęby.
Tak jak Morpheus wznosił ku swoim bogom ornamentowe modły, wysadzane zręcznymi metaforami i pięknymi słowy, tak Alexander raczył teraz nieumarłych cichą litanią przekleństw: niewyraźne słowa szeptane w melodyjnym romskim dialekcie przypominały inkantację zaklęcia.
Wyobraził sobie niewidzialną miażdżącą siłę, która uniosłaby nieumarłego ponad głowy zebranych, tak, by ten dołączył do swoich pobratymców, którzy szamotali się w górze, zajęci ogniem: chciał utrzymać padlinę w powietrzu, tak długo, jak będzie trzeba. Teraz nie zależało mu tylko na podniesieniu trupów: chciał zadać im ból – choć nie wiedział, czy mogły dalej czuć ból – chciał je zgnieść, jak robactwo, obrzydzony tym nienaturalnym wierzganiem plątaniny przegniłych kończyn, na wpół zjedzonych przez ryby, ich wijącym się oporem, przeciwstawiającym się nawet potędze żywiołu ognia. Zaakcentował pleciony czar właściwymi gestami dłoni: gwałtownymi, zamaszystymi. Zdychaj, ścierwo.
kształtowanie (3k), do skutku!
Ciała nieumarłych zajęły się ogniem pod wpływem zaklęcia Longbottoma: swąd palonego ludzkiego mięsa mieszał się z intensywną wonią kwiatów porastających miejsce spoczynku Triony. Jakże pięknie pachnie bez, pomyślał spokojnie Mulciber.
Ziemia wypluła tych, których wcześniej pogrzebała żywcem. Alexander nie podniósł nawet głowy, by spojrzeć na ich twarze, choć swoim sprawnym uchem łowił znajome głosy: miał teraz jednak ważniejsze rzeczy na głowie, niż gratulowanie Mildred Moody zmartwychwstania. Nie mylił się, była taka jak on, taka, jak nieumarli, złożeni przez niewymownych w ofierze całopalnej Windermere: uparcie trzymała się przy życiu, nie mogąc – nie chcąc? – po prostu, kurwa, zdechnąć. Gdyby z otchłani wypełzło nowe plugastwo, pomyślał chłodno Alexander, to jedna osoba więcej, która osłoniłaby Rosie. W ciasnej przestrzeni kurhanu zapanował nagły zamęt.
– Pomóżcie brygadziście i dziewczynce na górze – wycedził krótko, podnosząc na chwilę głos. Nie odrywał wzroku od nieumarłego, którego usilnie próbował poderwać do góry zaklęciem. Słowa Alexandra, bardziej niż do nowoprzybyłych, skierowane były do Morpheusa: zwykle nie potrzebował słów, by się z nim porozumieć – nawykł do pracy ze starszym niewymownym – ale chciał mu dać do zrozumienia, że da sobie radę z jednym nieumarłym, ale nie z tyloma żywymi. Niebieskie ślepia mężczyzny rozbłysły determinacją. Podnieś berło Cesarza, chciał powiedzieć Longbottomowi, zapanuj nad chaosem. Rządź nami.
Mulciber wolał oprzeć się o kostur Pustelnika. Wiedział, co robić.
Nieumarły, który wcześniej spadł pod nogi starszego niewymownego wyswobodził się spod zaklęcia. Słodki smród zgnilizny omiótł nozdrza Alexandra, kiedy truchło ruszyło w jego stronę. Kurwa mać. Katafalk, na którym spoczywały kości Triony znajdował się za jego plecami. Była tam także Ambrosia, której spokojny głos dobiegał jakby z oddali. Alex zastąpił nieumarłemu drogę, licząc, że zaklęcie ochronne nałożone na ołtarz spowolni truchło na tyle, by on zdołał spleść odpowiednie zaklęcie. Zacisnął zęby.
Tak jak Morpheus wznosił ku swoim bogom ornamentowe modły, wysadzane zręcznymi metaforami i pięknymi słowy, tak Alexander raczył teraz nieumarłych cichą litanią przekleństw: niewyraźne słowa szeptane w melodyjnym romskim dialekcie przypominały inkantację zaklęcia.
Wyobraził sobie niewidzialną miażdżącą siłę, która uniosłaby nieumarłego ponad głowy zebranych, tak, by ten dołączył do swoich pobratymców, którzy szamotali się w górze, zajęci ogniem: chciał utrzymać padlinę w powietrzu, tak długo, jak będzie trzeba. Teraz nie zależało mu tylko na podniesieniu trupów: chciał zadać im ból – choć nie wiedział, czy mogły dalej czuć ból – chciał je zgnieść, jak robactwo, obrzydzony tym nienaturalnym wierzganiem plątaniny przegniłych kończyn, na wpół zjedzonych przez ryby, ich wijącym się oporem, przeciwstawiającym się nawet potędze żywiołu ognia. Zaakcentował pleciony czar właściwymi gestami dłoni: gwałtownymi, zamaszystymi. Zdychaj, ścierwo.
kształtowanie (3k), do skutku!
Rzut Z 1d100 - 94
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 95
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat