26.06.2024, 02:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.06.2024, 03:00 przez Ulysses Rookwood.)
Jestem na wojnie z Lyssą. Najpierw stoimy niedaleko baru a potem uciekam do łazienki.
Tak naprawdę dla Ulyssesa to również był jeden wielki koszmar.
Nie lubił wesel. Zwłaszcza tych Vespery. Źle się czuł w tłumie różnych nieznajomych lub mało znajomych twarzy. Nie znosił rozmów o niczym z ludźmi, których tak naprawdę wcale nie interesowało co miał do powiedzenia i którzy jego wcale nie interesowali. Powiedzieć, że był mało stadnym zwierzęciem to nic nie powiedzieć.
Ale pojawił się tutaj, bo tak wypadało. A potem nadarzyła się ta kolejna katastrofa: ona śpiewała a on się śmiał. Resztki rozbawienia zaczęły wreszcie z niego ulatywać. Już nieważne, czy stało się to w momencie, w którym jego towarzyszka wysyczała „co”, czy też uspokoił się dopiero po „ładne”. Z chwilą, w której magiczny drink przestał na niego oddziaływać, sytuacja, która zaszła między nimi przestała mu się wydawać zabawną. Była tylko żenująca i żenująco niewłaściwa.
Zmarszczył brwi, spoglądając na Lyssę dziwnie. I znowu wyglądał tak, jak w tamtym momencie, w którym zobaczyła go po raz pierwszy. Był spięty. Zamyślony. Trochę nieobecny, choć jego błyszczące oczy wskazywały na całe mnóstwo myśli i emocji, które właśnie przelatywały przez jego głowę. Nie potrafił w racjonalny sposób wyjaśnić tego, co właśnie zaszło. Nie w taki, który nie obrażałby Lyssy, jego i może nawet barmana.
A ona właśnie chlusnęła w niego drinkiem i zaczęła swoją tyradę. Dotknął ręką swojej twarzy, ocierając z niej kapiący alkohol. Nienawidził tego, że teraz już zawsze będzie pamiętał ten moment, że z całego tego pierdolonego wesela, to właśnie on utkwi mu w pamięci bardziej – jak wszystkie momenty, w których wyszedł na idiotę, chociaż nawet nie wiedział, dlaczego.
Pokręcił głową.
Gdyby tylko był bardziej spontaniczny, w odwecie i ją oblałby drinkiem. A potem powiedziałby jej, że żadna strata, sukienkę i tak miała mokrą, a teraz przynajmniej wspólnie dzielą jedno upokorzenie. Tylko, że ani nie był spontaniczny, ani wcale nie czuł, by obydwoje byli w jednakowy sposób upokorzeni.
On czuł się upokorzony bardziej. Najpierw tym, że zaczęła tak bezsensu śpiewać, co wystawiało go raczej na widok. Potem tym, że z jakiegoś powodu zaczął się śmiać, a nigdy się nie śmiał, więc… więc chyba coś mu dolano do tego pieprzonego drinka, a skoro dolano to może to też była część jakiegoś większego planu. Wreszcie tym, jak się teraz zachowywała, gdy on próbował być miły. Czemu w ogóle próbował ją pocieszać? Przecież gołym okiem było widać, że to wszystko zostało ukartowane.
Odstawił pustą szklankę po drinku, a potem zaklaskał kilka razy. Wielka aktorka.
- Jesteś dziwna, impulsywna i łatwo ulegasz wpływom innych, skoro zdecydowałaś się na tę farsę – rzucił ze złością. – Może wydaje ci się, że jesteś taka zabawna, ale wcale nie jesteś. Ktokolwiek namówił cię na śpiewanie, dolewanie mi czegoś do drinka i zrobienie tej sceny… - pokręcił głową. Nienawidził takich sytuacji. Nienawidził ich już w szkole. – Ale masz rację. Nie tylko ja wyszedłem teraz na idiotę – dodał na zakończenie, a potem odwrócił się i ruszył w stronę pierwszej łazienki, jaką tylko zobaczył.
Musiał się jakoś doprowadzić do porządku i uspokoić.