-Jeżeli jakkolwiek cię to pocieszy, to nie wdawał się w szczegóły tej historii, a wszystkie historie, które mi opowiadał, jedynie podkreślały twoją karierową niesamowitość - trochę miodu się polało, żeby mamusia za bardzo się nie gniewała na jego chrzestnego. -I oczywiście, że chętnie posłuchałbym tych historii, ale... Dlaczego akurat niuchacze? Nie byłoby śmieszniej za chochliki kornwalijskie? Chociaż... Biedny woźny.
Raczej ciężko było spodziewać się po Charlotte innej odpowiedzi i na twarzy Jessiego pojawił się delikatny uśmiech. Tak, zdecydowanie uschliby z żalu, gdyby coś jej się stało. Chociaż Jessiego mogłoby to ominąć, bo z pewnością najpierw zginąłby marnie, gdyby jego matce faktycznie coś się stało, a on by jej nie pomógł. Musiałby się wtedy zmierzyć nie tylko z żalem Rity, ale również z gniewem swoich trzech wujów, przyjaciół Charlotte. Tego chyba nawet Jonathan by mu nie wybaczył.
-Wciąż będę czuł się lepiej, nie puszczając cię tam samej - odpowiedział, modląc się w duchu, żeby ten ghul należał do jakiegoś arcyważniaka, któremu trzeba było wybudować grobowiec o wiele większy w środku, niż wyglądał na zewnątrz.
Jeszcze tego brakowało, żeby go powaliła jego własna klaustrofobia, kiedy już zgrywał bohatera.
Klątwa, nałożona na grobowiec, nie była silna i tak łatwe pozbycie się jej było wręcz niesatysfakcjonujące. Jessie westchnął cicho, zawiedziony, i już chciał jakoś to skomentować, kiedy bluszcz wystrzelił tuż przed jego twarzą, by złapać Charlotte.
Dobra, tego się nie spodziewał.
-Jestem absolutnie pewien, że zdjąłem tę klątwę - powiedział, w razie, gdyby Charlotte w swojej uroczej złośliwości chciała jakoś skomentować jego pomoc.
Machnął różdżką, kierując magię w pęd, który chwycił rękę jego matki, by go przeciąć.
Kształtowanie, czy magia przetnie pęd...
Sukces!
Bluszcz przy samym wejściu uniósł się jakby ostrzegawczo. Kolejne pędy zaatakowały ich.