26.06.2024, 11:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.06.2024, 11:55 przez Florence Bulstrode.)
- Jestem pewna, że ten strach na wróble ma więcej rozsądku niż niejedna z twoich dziewcząt, Atreusie - powiedziała Florence odrobinę cierpko, czując się w obowiązku stanąć w obronie Oriona. Oczywiście, w głębi ducha uważała, że to najwyższy czas, aby starszy z braci znalazł narzeczoną, ale biorąc pod uwagę, że sama skupiała się na pracy, nie mogła rzucać w niego kamieniem.
Naiwnie wierzyła też, że jeśli Orion kiedyś przyprowadzi kogoś do domu, to będzie odpowiednia dziewczyna, że nie spieszył się, bo po prostu nie chciał tracić czasu na przelotne znajomości, a prorocze wizje niestety albo stety nie wyprowadziły jej z tego błędu. Florence bardzo rzadko komentowała towarzystwo, w którym bracia się obracali, ich przyjaciół czy partnerki nieodmiennie traktowała z jednakową uprzejmością, podszytą odrobiną dystansu, nigdy nie zrobiła niczego, aby na jakąkolwiek relację wpłynąć, ale w głębi ducha uważała, że Orion trochę lepiej wybiera osoby, z którymi przebywa (być może i dlatego, że część z nich sama pamiętała i lubiła z Hogwartu, a nigdy nie próbowała nawet udawać osoby obiektywnej).
Prawdą było jednak, że sama wciąż utrzymywała kontakty z Geraldine, której było bardzo daleko do dobrej dziewczynki z dobrego domu.
– Laurent ma racje, ładnie wam razem. Może pomożesz mu odstraszać kruki i wrony?
Florence tak naprawdę ambicji miała całkiem sporo: chciała zajść wysoko i chciała królować, ale jedynie w Mungu, na swoim wydziale. Widziała nieodciągnięcia i uważała, że mogłaby na nie zaradzić, a pewności siebie miała dostatecznie, aby wierzyć, że byłaby odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku.
Spojrzenie jasnych oczu Florence śledziło Divę: musiała być jednym z tych magicznych kotów, skoro miała aż tak wysublimowane gusta.
– Sądzisz, że uda się jej porozumieć z Dumą? – spytała, bo ciężko było jej sobie wyobrazić janczura w jednym pomieszczeniu z tą damą. – Skrzat matki. Obawiam się, że mamy wiele szczęścia, że nie spróbowała żadnego z nas nazwać Waletem lub Stritem. Być może ojciec ją przed tym powstrzymał, więc popuściła wodze wyobraźni tutaj – przypomniała, podnosząc się z miejsca. I jeszcze raz zmierzyła stracha spojrzeniem pełnym dezaprobaty, ponieważ Lammas, nie Lammas, to nie była dekoracja pasująca do gustów Florence.
Znikła na moment w kuchni: chwilę później wymaszerował z niej najpierw skrzat, niosąc wprawnie tacę z herbatą i filiżankami, a także z jakiegoś powodu z piwem – może uznał, że panicz Atreus będzie miał na to ochotę – a potem wróciła i Florence. Faktycznie przyniosła trochę wiązanek, a poza tym i świece, zakupione tego dnia na Lammas. Te całkowicie normalne w kształcie, służące do rytuałów ochronnych, bo jakoś przyszło jej do głowy, że po tym wszystkim, co dzieje się w kraju… to nie zaszkodzi.
– Myślę, że musimy ci opowiedzieć, co stało się dziś na Lammas, Laurencie – powiedziała. O ile już o tym nie usłyszał, bo zdawał się zmartwiony, a Florence obawiała się, że mogło to wynikać z plotek na temat bójki Atreusa i Notta.
Naiwnie wierzyła też, że jeśli Orion kiedyś przyprowadzi kogoś do domu, to będzie odpowiednia dziewczyna, że nie spieszył się, bo po prostu nie chciał tracić czasu na przelotne znajomości, a prorocze wizje niestety albo stety nie wyprowadziły jej z tego błędu. Florence bardzo rzadko komentowała towarzystwo, w którym bracia się obracali, ich przyjaciół czy partnerki nieodmiennie traktowała z jednakową uprzejmością, podszytą odrobiną dystansu, nigdy nie zrobiła niczego, aby na jakąkolwiek relację wpłynąć, ale w głębi ducha uważała, że Orion trochę lepiej wybiera osoby, z którymi przebywa (być może i dlatego, że część z nich sama pamiętała i lubiła z Hogwartu, a nigdy nie próbowała nawet udawać osoby obiektywnej).
Prawdą było jednak, że sama wciąż utrzymywała kontakty z Geraldine, której było bardzo daleko do dobrej dziewczynki z dobrego domu.
– Laurent ma racje, ładnie wam razem. Może pomożesz mu odstraszać kruki i wrony?
Florence tak naprawdę ambicji miała całkiem sporo: chciała zajść wysoko i chciała królować, ale jedynie w Mungu, na swoim wydziale. Widziała nieodciągnięcia i uważała, że mogłaby na nie zaradzić, a pewności siebie miała dostatecznie, aby wierzyć, że byłaby odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku.
Spojrzenie jasnych oczu Florence śledziło Divę: musiała być jednym z tych magicznych kotów, skoro miała aż tak wysublimowane gusta.
– Sądzisz, że uda się jej porozumieć z Dumą? – spytała, bo ciężko było jej sobie wyobrazić janczura w jednym pomieszczeniu z tą damą. – Skrzat matki. Obawiam się, że mamy wiele szczęścia, że nie spróbowała żadnego z nas nazwać Waletem lub Stritem. Być może ojciec ją przed tym powstrzymał, więc popuściła wodze wyobraźni tutaj – przypomniała, podnosząc się z miejsca. I jeszcze raz zmierzyła stracha spojrzeniem pełnym dezaprobaty, ponieważ Lammas, nie Lammas, to nie była dekoracja pasująca do gustów Florence.
Znikła na moment w kuchni: chwilę później wymaszerował z niej najpierw skrzat, niosąc wprawnie tacę z herbatą i filiżankami, a także z jakiegoś powodu z piwem – może uznał, że panicz Atreus będzie miał na to ochotę – a potem wróciła i Florence. Faktycznie przyniosła trochę wiązanek, a poza tym i świece, zakupione tego dnia na Lammas. Te całkowicie normalne w kształcie, służące do rytuałów ochronnych, bo jakoś przyszło jej do głowy, że po tym wszystkim, co dzieje się w kraju… to nie zaszkodzi.
– Myślę, że musimy ci opowiedzieć, co stało się dziś na Lammas, Laurencie – powiedziała. O ile już o tym nie usłyszał, bo zdawał się zmartwiony, a Florence obawiała się, że mogło to wynikać z plotek na temat bójki Atreusa i Notta.