26.06.2024, 20:33 ✶
To nie była łatwa decyzja, lecz Charles wiedział, że będzie najlepszą. Ba, to będzie najlepsza rzecz, jaką zrobił w życiu, kiedykolwiek! Zrzuci ciężar odpowiedzialności z ojca. Zrobi ostatni krok, który będzie zwieńczeniem wszystkich jego porażek i wszystkich rozczarowań, jakich przysporzył rodzinie. Plany zostania aurorem, które spełzły na niczym. Chęć pomocy wujowi w rodzinnym interesie, będąca tylko kolejnym powodem do wstydu... po drugiej stronie może przynajmniej spotka matkę. Czy matka na niego czekała? Czy również wyprze się Charlesa, pośmiewiska wśród Mulciberów?
Zamknął oczy i postąpił krok do przodu. Grunt uciekł spod jego stóp, a pęd powietrza wdarł się we włosy, pod ubranie. Nim Charlie spostrzegł, spadał już głową w dół, w lodowatą otchłań morza. Bał się, ale to nie miało znaczenia. Nie było już odwrotu.
Tego dnia musiał czuwać nad nim jeden z nieco bardziej złośliwych bogów, ten, który nie pozwolił, by osoba Charliego zanurzyła się w morskich odmętach. Ucisk na kostce, błysk zaklęcia i na powrót trawa pod plecami. Śmierć nie nadeszła. Matka na niego nie czekała.
Potrzebował momentu, by skupić się na istotce, która tak niecodziennie śmiała się obok niego. Rozczarowanie zmieszało się ze zdezorientowaniem.
- Co? - Wydusił z siebie. - Co? Co? Ja... ja nie potrafię się nawet zabić?
Uniósł dłonie, jakby w nich leżała odpowiedź na to pytanie. Nie było tam jednak niczego prócz plam z ziemi i trawy.
- Ja chciałem... - Dukał, nie wiedząc do końca, co chce przekazać. - Ja miałem...
Łzy popłynęły same. To nie był dobry dzień! Może rzeczywiście powinien udać się do Lecznicy Dusz?
Zamknął oczy i postąpił krok do przodu. Grunt uciekł spod jego stóp, a pęd powietrza wdarł się we włosy, pod ubranie. Nim Charlie spostrzegł, spadał już głową w dół, w lodowatą otchłań morza. Bał się, ale to nie miało znaczenia. Nie było już odwrotu.
Tego dnia musiał czuwać nad nim jeden z nieco bardziej złośliwych bogów, ten, który nie pozwolił, by osoba Charliego zanurzyła się w morskich odmętach. Ucisk na kostce, błysk zaklęcia i na powrót trawa pod plecami. Śmierć nie nadeszła. Matka na niego nie czekała.
Potrzebował momentu, by skupić się na istotce, która tak niecodziennie śmiała się obok niego. Rozczarowanie zmieszało się ze zdezorientowaniem.
- Co? - Wydusił z siebie. - Co? Co? Ja... ja nie potrafię się nawet zabić?
Uniósł dłonie, jakby w nich leżała odpowiedź na to pytanie. Nie było tam jednak niczego prócz plam z ziemi i trawy.
- Ja chciałem... - Dukał, nie wiedząc do końca, co chce przekazać. - Ja miałem...
Łzy popłynęły same. To nie był dobry dzień! Może rzeczywiście powinien udać się do Lecznicy Dusz?