26.06.2024, 21:05 ✶
Charlie starał się być tak przyjemnym, jak to możliwe. Nokturn może i był miejscem zła, ciemności i wbijania noża w plecy lub też raczej strzelania bombardą w tył głowy, ale nie znaczyło to, że w sklepiku Mulciberów musi być tak samo. Nie w naturze młodego było być mrocznym, groźnym i niesympatycznym.
- To imponujące. - Zgodził się Charlie, patrząc jeszcze raz w stronę pieska. Nie zamierzał jednak do niego podchodzić, jeszcze nie teraz. Może później, gdy klient pozwoli i przypilnuje swojego pupila, by ten przypadkiem nie odgryzł nikomu głowy. - Hoduje pan jeszcze jakieś inne stworzenia? Proszę wybaczyć, po prostu wygląda pan... młodo. Jak na hodowcę. - Wyjaśnił szybko swoje wahanie. Ileż lat mógł mieć Laurent? Parę więcej, niż Charlie? Własny biznes tego typu był niespotykany w tym wieku. - Mogę być nowy w sklepie, ale proszę mi zaufać. Ja również doceniam dyskrecję. - Podkreślił też, pakując do torby kolejne kadzidełka. Wuj przestrzegł go przed kłapaniem dziobem o interesach klientów. To mogło skończyć się niezbyt dobrze nie tylko dla biznesu, ale i dla osoby, która miała za długi język.
Torba stawała się coraz pełniejsza, lecz zapakowanych na Lammas towarów ubywało. Charles nie martwił się tym zbytnio; mógł zawsze dołożyć coś innego, w ostateczności dorobić, jeśli będzie za mało. Miał jeszcze całą noc na lepienie z wosku i olibanum.
- To mogłem być ja. Proszę wybaczyć. - Przyznał się bez większego wstydu do rozłożenia zamówienia. - Już kończę kompletować. Proszę napić się herbaty? Powinna być gotowa. - Zaczarowany imbryk rozlał herbatę do dwóch filiżanek. Zaraz też magia podsunęła Laurentowi cukier i mleko, chociaż ten zaznaczał, że tego nie potrzebuje. - I proszę mówić mi po imieniu. Nie wiem, czy palarnia Changów funkcjonuje, ale mogę to dla pana sprawdzić. Chociaż, z tego, co się orientuję... była ostatnio zamknięta. Chciałby pan kupić coś, co mogli zaoferować Changowie?
Pytanie nie było zadane wprost. Charles wiedział, że nie wszystko, co znajdowało się na półkach i w skrzyniach, było grzeczne i legalne. Niektóre ze specyfików mogły przypaść do gustu Laurentowi.
- To imponujące. - Zgodził się Charlie, patrząc jeszcze raz w stronę pieska. Nie zamierzał jednak do niego podchodzić, jeszcze nie teraz. Może później, gdy klient pozwoli i przypilnuje swojego pupila, by ten przypadkiem nie odgryzł nikomu głowy. - Hoduje pan jeszcze jakieś inne stworzenia? Proszę wybaczyć, po prostu wygląda pan... młodo. Jak na hodowcę. - Wyjaśnił szybko swoje wahanie. Ileż lat mógł mieć Laurent? Parę więcej, niż Charlie? Własny biznes tego typu był niespotykany w tym wieku. - Mogę być nowy w sklepie, ale proszę mi zaufać. Ja również doceniam dyskrecję. - Podkreślił też, pakując do torby kolejne kadzidełka. Wuj przestrzegł go przed kłapaniem dziobem o interesach klientów. To mogło skończyć się niezbyt dobrze nie tylko dla biznesu, ale i dla osoby, która miała za długi język.
Torba stawała się coraz pełniejsza, lecz zapakowanych na Lammas towarów ubywało. Charles nie martwił się tym zbytnio; mógł zawsze dołożyć coś innego, w ostateczności dorobić, jeśli będzie za mało. Miał jeszcze całą noc na lepienie z wosku i olibanum.
- To mogłem być ja. Proszę wybaczyć. - Przyznał się bez większego wstydu do rozłożenia zamówienia. - Już kończę kompletować. Proszę napić się herbaty? Powinna być gotowa. - Zaczarowany imbryk rozlał herbatę do dwóch filiżanek. Zaraz też magia podsunęła Laurentowi cukier i mleko, chociaż ten zaznaczał, że tego nie potrzebuje. - I proszę mówić mi po imieniu. Nie wiem, czy palarnia Changów funkcjonuje, ale mogę to dla pana sprawdzić. Chociaż, z tego, co się orientuję... była ostatnio zamknięta. Chciałby pan kupić coś, co mogli zaoferować Changowie?
Pytanie nie było zadane wprost. Charles wiedział, że nie wszystko, co znajdowało się na półkach i w skrzyniach, było grzeczne i legalne. Niektóre ze specyfików mogły przypaść do gustu Laurentowi.