27.06.2024, 09:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.06.2024, 09:18 przez Brenna Longbottom.)
Brenna miała włosy krótkie i rozczochrane typowo po potterowsku, nieopanowane tym nieopanowaniem, które skłoniło kiedyś jej dziadka do pracy nad słynnym szamponem Ulizanna. Letnie słońce, które w sierpniu ustąpiło typowo angielskiej pogodzie, w lipcu ku westchnieniom matki zabarwiło jasną skórę dziewczyny brązem i uwidoczniło kilka piegów na policzkach i nosie. Ciemna, przyduża bluza, poszarpane szorty i znoszone trampki sprawiały, że o stokroć bardziej wyglądała na mugolkę, w dodatku trochę zaniedbaną, niż czarownicę, zwłaszcza taką z dobrego domu.
A jednak czarownicą była i to taką, która już mogła czarować, ba, mogła też się teleportować, i chętnie korzystała z tej nowo nabytej wolności, którą przyniosły świętowane w maju siedemnaste urodziny. Przed siódmym rokiem Hogwartu uważała się już za całkiem dorosłą, z tą typową, szczenięcą głupotą, kto dopiero miał sobie uświadomić, że jedna data niewiele zmienia i że wcale nie powinna tak spieszyć się do dorastania. Z typowo młodzieńczą (czy gryfońską) brawurą nie bała się właściwie niczego, korzystała więc z tej możliwości czarowania i teleportowania nie znając umiaru.
Na przykład skacząc do Little Hangleton tylko dlatego, że podobno znajdował się tutaj stary, opuszczony i nawiedzony w dodatku dom, i że w ogóle całe miasteczko było dziwaczne, podejrzane, i rodzice nigdy za bardzo nie chcieli jej tutaj zabierać. Odwiedziła je może dwa czy trzy razy, wpadając do jakichś znajomych, a teraz mogła ot tak, na dwa teleporty, przeskoczyć przez pół kraju, i zwiedzać sobie do woli.
Nawiedzony dom zaś spełniał jej oczekiwania, wyglądał całkiem malowniczo i był doskonałym miejscem do ćwiczeń z widmowidzeniem. Bo ileż można siedzieć w kręgu w pomieszczeniu w Warowni, i w nieskończoność odczytywać historię tego samego miejsca i tych samych przedmiotów? Potrzebowała wyzwania i czegoś ciekawego. Nie bała się opuszczonego budynku – nie byłby pierwszym, drugim ani trzecim do którego się wpakowała. Nie bała się i duchów – przywykła do nich w Hogwarcie, i na cmentarzu Hogsmeade, ba, lubiła niektóre z nich, lubiła ich opowieści, i dopiero zaczynała pojmować, że te były kiedyś ludźmi, że ich życie zakończyło się raz na zawsze, i że nigdy nie mieli szansy pójść dalej, a ich prawdziwe historie są zwykle krwawe i pełne bólu. Nie bała się cieni, rodzących się wraz ze zmierzchem i wypełniających niewielką, zniszczoną posiadłość półmrokiem. Nie bała się mgły, kłębiącej się za oknami. Mało czego się bała, mając ze sobą różdżkę i sztylet, prezent od ojca.
Brenna strachu dopiero miała się nauczyć.
Gdy Anthony Shafiq wkraczał do holu, ona już siedział na górze, w jednym z pomieszczeń, otoczona przez świece, których dym otaczał ją i zawisł w powietrzu, i zapewne wkrótce miał dotrzeć także do nozdrzy Shafiqa. W świetle świec, w ich dymie szukała przeszłości. Widm i ech, które wypełniały ten dom, historii, która znacznie żywsza i ciekawsza była niż ta z kart podręczników.
Ale dźwięk kroków nie należał do przeszłości.
Brenna zamrugała, wyrwana z wizji, przez moment niepewna, co jest teraźniejszością, a co przeszłością. Kroki wciąż jednak były słyszalne: ktoś był w domu, który powinien być pusty, a duchy przecież nie chodziły, co najwyżej podzwaniały łańcuchami.
Powinna się przestraszyć, ale wciąż się nie bała.
Machnięciem różdżki wygasiła świece, zostawiając po nich tylko mocny zapach dymu, łączący się z wonią wilgoci i pleśni, a także kilka plam świeżego wosku na podłodze. Kolejny czar i wefrunęły do pudełka, a to Brenna wcisnęła do plecaka, nim przemknęła do wyjścia z pomieszczenia, jeszcze jeden cień pośród cieni.
A jednak czarownicą była i to taką, która już mogła czarować, ba, mogła też się teleportować, i chętnie korzystała z tej nowo nabytej wolności, którą przyniosły świętowane w maju siedemnaste urodziny. Przed siódmym rokiem Hogwartu uważała się już za całkiem dorosłą, z tą typową, szczenięcą głupotą, kto dopiero miał sobie uświadomić, że jedna data niewiele zmienia i że wcale nie powinna tak spieszyć się do dorastania. Z typowo młodzieńczą (czy gryfońską) brawurą nie bała się właściwie niczego, korzystała więc z tej możliwości czarowania i teleportowania nie znając umiaru.
Na przykład skacząc do Little Hangleton tylko dlatego, że podobno znajdował się tutaj stary, opuszczony i nawiedzony w dodatku dom, i że w ogóle całe miasteczko było dziwaczne, podejrzane, i rodzice nigdy za bardzo nie chcieli jej tutaj zabierać. Odwiedziła je może dwa czy trzy razy, wpadając do jakichś znajomych, a teraz mogła ot tak, na dwa teleporty, przeskoczyć przez pół kraju, i zwiedzać sobie do woli.
Nawiedzony dom zaś spełniał jej oczekiwania, wyglądał całkiem malowniczo i był doskonałym miejscem do ćwiczeń z widmowidzeniem. Bo ileż można siedzieć w kręgu w pomieszczeniu w Warowni, i w nieskończoność odczytywać historię tego samego miejsca i tych samych przedmiotów? Potrzebowała wyzwania i czegoś ciekawego. Nie bała się opuszczonego budynku – nie byłby pierwszym, drugim ani trzecim do którego się wpakowała. Nie bała się i duchów – przywykła do nich w Hogwarcie, i na cmentarzu Hogsmeade, ba, lubiła niektóre z nich, lubiła ich opowieści, i dopiero zaczynała pojmować, że te były kiedyś ludźmi, że ich życie zakończyło się raz na zawsze, i że nigdy nie mieli szansy pójść dalej, a ich prawdziwe historie są zwykle krwawe i pełne bólu. Nie bała się cieni, rodzących się wraz ze zmierzchem i wypełniających niewielką, zniszczoną posiadłość półmrokiem. Nie bała się mgły, kłębiącej się za oknami. Mało czego się bała, mając ze sobą różdżkę i sztylet, prezent od ojca.
Brenna strachu dopiero miała się nauczyć.
Gdy Anthony Shafiq wkraczał do holu, ona już siedział na górze, w jednym z pomieszczeń, otoczona przez świece, których dym otaczał ją i zawisł w powietrzu, i zapewne wkrótce miał dotrzeć także do nozdrzy Shafiqa. W świetle świec, w ich dymie szukała przeszłości. Widm i ech, które wypełniały ten dom, historii, która znacznie żywsza i ciekawsza była niż ta z kart podręczników.
Ale dźwięk kroków nie należał do przeszłości.
Brenna zamrugała, wyrwana z wizji, przez moment niepewna, co jest teraźniejszością, a co przeszłością. Kroki wciąż jednak były słyszalne: ktoś był w domu, który powinien być pusty, a duchy przecież nie chodziły, co najwyżej podzwaniały łańcuchami.
Powinna się przestraszyć, ale wciąż się nie bała.
Machnięciem różdżki wygasiła świece, zostawiając po nich tylko mocny zapach dymu, łączący się z wonią wilgoci i pleśni, a także kilka plam świeżego wosku na podłodze. Kolejny czar i wefrunęły do pudełka, a to Brenna wcisnęła do plecaka, nim przemknęła do wyjścia z pomieszczenia, jeszcze jeden cień pośród cieni.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.