Nie wysilił się na większy uśmiech, bo nie miał na niego siły. Nie to, że nie chciał, fizycznie nie był w stanie po tych felernych paru dniach, nieprzespanej nocy poprzedzonej okropnym weselem, wizycie w kasynie a później uganianiem się za zwierzętami, bo ktoś postanowił sobie z niego zakpić i zacząć krzywdzić stworzenia pod jego opieką. Kpina... żart. Dla drugiej strony, dla Thorana Yaxleya, był to żart. Śmierć była żartem. Dla niebezpiecznej ilości osób taką była. Stała się też nawet teraz dla Laurenta, który na obwieszczenie, że słoneczniki dobrze wyglądały na cmentarzu odpowiedział:
- Więc przynajmniej do czegoś się ten kwiatek przyda. Rzuć go na nagrobek albo na pierś, która już nie oddycha. - Żart. Pół-żart. Żart, ale jednocześnie powiedziany takim tonem, że... nie, inaczej. Przecież Nicholas był fatalny w rozumieniu żartów, a chociaż właśnie ton był żartobliwy to Laurent mówił całkiem poważnie. Niekoniecznie miał na myśli dosłowne morderstwo, chociaż to one kręciło się po jego głowie, kiedy wysyłał list i kiedy wszedł do mieszkania Nicholasa. Tak samo zimnego. Pustego. Wyobcowanego, jakby zupełnie nikt tutaj nie mieszkał. Spojrzał na parapet, na którym kiedyś stała roślina, ciekaw, czy już zwiędła, czy może powitała się z koszem i dawno nie zdobiła tej pustej i obcej przestrzeni.
- Ach tak? - Obrócił głowę w kierunku Nicholasa słysząc, że sam jest prezentem. Cóż za gładkość wypowiedzi! Niemal jakby Nicholas ćwiczył! Albo może to tylko przypadek takiej odzywki? W lepszym humorze doceniłby bardziej, teraz mózg atakował go hasłami uprzedmiotowienia i własnej słabości, że wszystko jest sprowadzone do tego samego. Nicholas chciał pokazać Laurentowi jedno, a Laurent wysunął wnioski zgoła inne - o swoich niedopatrzeniach, a nie o tym, że Nicholas chciał mu udowodnić, do czego to on się nie nadaje. - Herbaty. - Wstrzymał dłoń w powietrzu stopując przed tymi propozycjami mocniejszych trunków. Nadal miał wrażenie, że dręczy go kac po wczorajszym upiciu się. Tak, upiciu. Już miał na tyle dość wszystkiego, że jak na swoje normy pochłonął stanowczo za dużo alkoholu. - Potrzebuję namierzyć Dantego, albo chociaż osoby wokół niego. - Powiedział wprost, przechodząc za Nicholasem do kuchni, ale nie usiadł na krześle - zwyczajnie chciał mu potowarzyszyć w robieniu herbaty, zanim przejdą do salonu. A to, co miał do załatwienia, chciał załatwić szybko i konkretnie. Wtedy można przejść już do przyjemniejszych rzeczy... albo przynajmniej mieć w miarę spokój umysłu. Albo to tylko wymówki, bo za każdym razem Laurentowi podobało się to, co widzi - Nicholas w całości. I skoro mógł go mieć dla siebie na chwilę czy dwie to czy to nie było wspaniałe? Być takim prezentem? Obustronnym. Bo przecież Nicholasowi brakowało tylko wstążeczki na szyi z kokardą. - Potrzebuję pomocy. Nie mam już żadnych praktycznie żadnych aktywnych kontaktów na Nokturnie. - Prawie. A na pewno niekoniecznie aktywnych na tyle, żeby wtajemniczać ich w sprawę. Chociaż pracował nad tym, żeby to odzyskać. - A jeśli wcześniej zdechnę to już wiesz, co zrobić ze słonecznikiem. - Ot i puenta żartu.
Tylko że Laurent nie żartował, nawet jeśli dziwny uśmieszek błądził na jego ustach pod podkrążonymi ze zmęczenia oczami.