27.06.2024, 10:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.06.2024, 11:08 przez Bard Beedle.)
Biegł, a w piersi zbyt szybko zabrakło tchu. Biegł, a serce kuło go. Biegł czując obślizgły strach na zlodowaciałych dłoniach. Biegł na ślepo w ciemność. Biegł przed siebie, dostrzegając w oddali światło latarni, ostatniej nadziej, ostatniej deski, której mógłby się chwycić, ten który w obliczu najstraszliwszego lęku miał szansę odkryć przed samym sobą swoje najgłębiej zakorzenione marzenie. Ukryte pod stertą ciał, bezwartościowych pocałunków, dotyku obcych dłoni, ust. Gdy tylko zwalniał kroku, gdy tylko potykał się, czuł śmierdzący odór przeznaczenia, lecz tak jak szpony orały jego szatę i plecy, tak tęsknota orała bez ustanku duszę, gdy biegł dalej, biegł ku światłu, wierząc do głębi swoich przeżartych wyczerpaniem trzewi, że jest to blask odstraszający bestię. Że jest to ciepło w którym może się schronić.
Aż w końcu zalane potem obsydianowe oko dostrzegło ścianę, która blokowała mu drogę, ale może ona sama w swoim istnieniu była drogą. Dostrzegł kształt wyrysowany na murze: wysoką, pochyloną sylwetkę wspartą na kosturze, która stała z latarnią, a jej głowę okrywał wysłużony zszarzały Prawami upływającego Czasu kaptur.
Oto Twoja ucieczka, oto Twój ratunek.
A potem głowa na graffiti drgnęła i twarz skierowała się ku niemu i zobaczył ją, zobaczył oczy Eremity. Jego oczy. Puste, pozbawione wyrazu, wyzbyte z miłości, z nienawiści. Wyzbyte z pamięci o nim.
Słowa zawisły między nimi, myśli i nowy zupełnie lęk nabrały rzeczywistego kształtu, gdy płaski obraz wymalowany na kamiennej ścianie ciągnącego się ku niebu więzienia, uniósł niespiesznie latarnię do twarzy, z rozmysłem otworzył szklane drzwiczki i dmuchnął, gasząc nadzieję, tak jak on sam przed laty został zgaszony i opuszczony. Mrok rozlał się po labiryncie, a skamieniałe serce Morpheusa dawno już było martwe, gdy potężne pazury zakleszczały się na barkach, a stalowe zębiska rozszarpywały na ślepo łopatki i szyję, rwąc tkanki, przemieniając aortę w źródło kwitnącego karminem jeziora, w którym księżyc odnajdywał swoje upodobanie.
Aż w końcu zalane potem obsydianowe oko dostrzegło ścianę, która blokowała mu drogę, ale może ona sama w swoim istnieniu była drogą. Dostrzegł kształt wyrysowany na murze: wysoką, pochyloną sylwetkę wspartą na kosturze, która stała z latarnią, a jej głowę okrywał wysłużony zszarzały Prawami upływającego Czasu kaptur.
![[Obrazek: qEI9FRh.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEI9FRh.png)
Oto Twoja ucieczka, oto Twój ratunek.
A potem głowa na graffiti drgnęła i twarz skierowała się ku niemu i zobaczył ją, zobaczył oczy Eremity. Jego oczy. Puste, pozbawione wyrazu, wyzbyte z miłości, z nienawiści. Wyzbyte z pamięci o nim.
Nie jesteś godzien, abyś przyszedł do mnie
Słowa zawisły między nimi, myśli i nowy zupełnie lęk nabrały rzeczywistego kształtu, gdy płaski obraz wymalowany na kamiennej ścianie ciągnącego się ku niebu więzienia, uniósł niespiesznie latarnię do twarzy, z rozmysłem otworzył szklane drzwiczki i dmuchnął, gasząc nadzieję, tak jak on sam przed laty został zgaszony i opuszczony. Mrok rozlał się po labiryncie, a skamieniałe serce Morpheusa dawno już było martwe, gdy potężne pazury zakleszczały się na barkach, a stalowe zębiska rozszarpywały na ślepo łopatki i szyję, rwąc tkanki, przemieniając aortę w źródło kwitnącego karminem jeziora, w którym księżyc odnajdywał swoje upodobanie.