27.06.2024, 20:36 ✶
- Tata zawsze zwala to na krew Potterów, ale ja uważam, że po prostu dostała mi się wybuchowa mieszanka.
Brenna nie była może zupełnie bezmyślna - a przynajmniej nie była zupełnie bezmyślna teraz. Ale od dzieciństwa miała skłonności do sprawdzania każdej dziury w płocie, umykania spod kurateli krewnych do Kniei, w Hogwarcie badała każdy zakątek, do którego tylko dałoby się wcisnąć, a w wakacje przełaziła przez płoty opuszczonych domów tylko po to, by sprawdzić, co znajduje się po drugiej stronie.
Brenna naprawdę bardzo rzadko prosiła o pozwolenie na cokolwiek. Pod tym względem mocno wdała się ponoć w dziadka Pottera.
- Skąd wiesz, może gdzieś po drodze ukryłam zwłoki i właśnie przychodzę, żebyś dał mi albi? - spytała, podpierając łokcie o blat i przechylając się trochę na wysokim taborecie. To nie było idealnie siedzenie dla Brenny: ani się na nim kręcić, ani kołysać, w ogóle najlepiej było siedzieć w bezruchu. - Obawiam się, że zrobiłam tak jakby błąd nowicjusza, i zmieszałam kilka różnych rzeczy, ale mógłbyś grozić mi różdżką, i nie przypomniałabym sobie, co to dokładnie było... Właściwie to z tamtej nocy pamiętam głównie bieg przez Zakazany Las i chowanie się przed Irytkiem - stwierdziła, a kąciki ust drgnęły jej lekko. To było miłe wspomnienie, jak z innego życia, z tego, w którym wujek jeszcze nie wyleciał z pracy i nie poróżnił się z ojcem, w którym niewielu zdawało sobie sprawę z nadciągającego nad kraj widma wojny. Nie opowiadała o nim wtedy nikomu, bo jednak w śmieszną anegdotę zamieniło się dopiero po wielu latach: w tych pierwszych miesiącach po nim, między nią i Victorią panowała zgodna zmowa milczenia odnośnie wybryku, na który sobie pozwoliły.
Uśmiech wygasł jednak, gdy spuściła wzrok na mroczny znak, kołyszący się na zdjęciu.
Odpowiedź wuja była dokładnie taka, jakiej mogłaby spodziewać się po wujku Clemensie: tym który miał jeszcze włosy, żonę, siadał do stołu ze swoim czczącym prawo dziadkiem (może to przez to umiłowanie prawa przez Godryka Brenna nie dogadywała się z nim szczególnie dobrze), siostrzenicy pokazywał, w jaki sposób układać dłoń do ciosu, by nie połamać kciuka, i nazywał ją dzieciną. Nie ktoś powinien coś z tym zrobić, nie trzeba coś z tym zrobić, a jeśli my tego nie rozpędzimy. Może ostatnie parę lat i Nokturn nie zmieniły go aż tak bardzo: a może tylko Brenna nie chciała wierzyć, że to zrobiły.
– Jeśli nie ma swoich ludzi w Ministerstwie, to jestem cholerną baletnicą, więc rozpędzanie go przez aurorów i brygadzistów może nastąpić mniej więcej nigdy – powiedziała, unosząc wzrok na Woody’ego. – A przynajmniej tak sądzi Dumbledore, a ja wierzę mu chyba bardziej niż Ministrom Magii.
Eugenia Jenkins była słaba: była człowiekiem na czas pokoju, a pokój wziął i poszedł się jebać. Jej poprzednik Noby Leach był oznaką zmian, ale świat nie był jeszcze gotowy na to, aby te poszły tak daleko i został zniszczony. Malfoy, który pełnił ten urząd wcześniej, jawił się jako strażnik i orędownik starego porządku, zamknięty w skorupie tradycji, nie mających od dawna sensu.
– Chcesz się przyłączyć? – spytała wprost. Nie wyjaśniła może do czego, ale kontekst tej wizyty i wypowiedziane wcześniej słowa popychały już do określonych wniosków.
Znowu wpakowała się gdzieś, gdzie wpakowywać się przynajmniej w teorii nie powinna i właśnie pytała, czy może miał ochotę zrobić to samo.
Brenna nie była może zupełnie bezmyślna - a przynajmniej nie była zupełnie bezmyślna teraz. Ale od dzieciństwa miała skłonności do sprawdzania każdej dziury w płocie, umykania spod kurateli krewnych do Kniei, w Hogwarcie badała każdy zakątek, do którego tylko dałoby się wcisnąć, a w wakacje przełaziła przez płoty opuszczonych domów tylko po to, by sprawdzić, co znajduje się po drugiej stronie.
Brenna naprawdę bardzo rzadko prosiła o pozwolenie na cokolwiek. Pod tym względem mocno wdała się ponoć w dziadka Pottera.
- Skąd wiesz, może gdzieś po drodze ukryłam zwłoki i właśnie przychodzę, żebyś dał mi albi? - spytała, podpierając łokcie o blat i przechylając się trochę na wysokim taborecie. To nie było idealnie siedzenie dla Brenny: ani się na nim kręcić, ani kołysać, w ogóle najlepiej było siedzieć w bezruchu. - Obawiam się, że zrobiłam tak jakby błąd nowicjusza, i zmieszałam kilka różnych rzeczy, ale mógłbyś grozić mi różdżką, i nie przypomniałabym sobie, co to dokładnie było... Właściwie to z tamtej nocy pamiętam głównie bieg przez Zakazany Las i chowanie się przed Irytkiem - stwierdziła, a kąciki ust drgnęły jej lekko. To było miłe wspomnienie, jak z innego życia, z tego, w którym wujek jeszcze nie wyleciał z pracy i nie poróżnił się z ojcem, w którym niewielu zdawało sobie sprawę z nadciągającego nad kraj widma wojny. Nie opowiadała o nim wtedy nikomu, bo jednak w śmieszną anegdotę zamieniło się dopiero po wielu latach: w tych pierwszych miesiącach po nim, między nią i Victorią panowała zgodna zmowa milczenia odnośnie wybryku, na który sobie pozwoliły.
Uśmiech wygasł jednak, gdy spuściła wzrok na mroczny znak, kołyszący się na zdjęciu.
Odpowiedź wuja była dokładnie taka, jakiej mogłaby spodziewać się po wujku Clemensie: tym który miał jeszcze włosy, żonę, siadał do stołu ze swoim czczącym prawo dziadkiem (może to przez to umiłowanie prawa przez Godryka Brenna nie dogadywała się z nim szczególnie dobrze), siostrzenicy pokazywał, w jaki sposób układać dłoń do ciosu, by nie połamać kciuka, i nazywał ją dzieciną. Nie ktoś powinien coś z tym zrobić, nie trzeba coś z tym zrobić, a jeśli my tego nie rozpędzimy. Może ostatnie parę lat i Nokturn nie zmieniły go aż tak bardzo: a może tylko Brenna nie chciała wierzyć, że to zrobiły.
– Jeśli nie ma swoich ludzi w Ministerstwie, to jestem cholerną baletnicą, więc rozpędzanie go przez aurorów i brygadzistów może nastąpić mniej więcej nigdy – powiedziała, unosząc wzrok na Woody’ego. – A przynajmniej tak sądzi Dumbledore, a ja wierzę mu chyba bardziej niż Ministrom Magii.
Eugenia Jenkins była słaba: była człowiekiem na czas pokoju, a pokój wziął i poszedł się jebać. Jej poprzednik Noby Leach był oznaką zmian, ale świat nie był jeszcze gotowy na to, aby te poszły tak daleko i został zniszczony. Malfoy, który pełnił ten urząd wcześniej, jawił się jako strażnik i orędownik starego porządku, zamknięty w skorupie tradycji, nie mających od dawna sensu.
– Chcesz się przyłączyć? – spytała wprost. Nie wyjaśniła może do czego, ale kontekst tej wizyty i wypowiedziane wcześniej słowa popychały już do określonych wniosków.
Znowu wpakowała się gdzieś, gdzie wpakowywać się przynajmniej w teorii nie powinna i właśnie pytała, czy może miał ochotę zrobić to samo.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.