Czasami, Cain naprawdę uważał, że w bardzo rzadkich okazjach, się po prostu nie zgrywali. Cain się nie zgrywał z potrzebą Flynna, który zawsze tak mocno i intensywnie odczuwał, który potrzebował tyle energii zwrotnej, że... nie wystarczało mu możliwości w dłoniach, by im sprostać. Czasami. Tylko troszeczkę. Jak teraz, kiedy te emocje odpływały. Co zostawało po pożarze? Zgliszcza? Kamienie zawalonego budynku, który zapadł się jak zamek z piasku bez swojego stelażu? Nie było dachu, nie było mebli, nie było mieszkańców. Za to znajdziesz może jakiś stary, przypalony garnek, którego ogień nie zrównał do jednej masy. Przede wszystkim był pył. Duszący pył i powoli rozwiewające się opary spalenizny. Dym gryzący w gardło i nozdrza. Po intensywnych, negatywnych emocjach, zostawał w nim ten pył, który trzeba było... najlepiej zmyć, a nie podsycać go kolejnymi emocjami. Tak o tym myślał, a jednocześnie wystarczyło kilka gestów czy słów Flynna, żeby żar pojawiał się znów. Tym razem nie miał na celu niszczenia. Tym razem był odpowiedzią na życie. Pielęgnowany przez dłoń czarodzieja, który układał sobie świat do swoich potrzeb. Albo to siebie próbował do potrzeb świata ułożyć? Jeśli schodzi z ciebie negatyw i chcesz odpocząć, a w zamian pojawia się pozytyw chcący zapełnić jego miejsce to nie jesteś tym, co świat buduje, a tym, który dopasowuje się do tego, co już jest tworzone.
Tylko czemu wydawało się to jakieś... pokraczne?
Coś nie pasowało w elementach układanki, ale Cain nie zastanowił się nad tym ani chwili - jego twarz została ubrana w lekki uśmiech, gdy przesunął pełne obietnic spojrzenie na samego Fleamonta. Były takie rzeczy na tym świecie, które mogły długo czekać, kiedy dostawał możliwość zatrzymania przy sobie tego czarodzieja na dłużej. Zapłata za to czasem była słona. Czasem potem kąsały te wymienione uwagi. Nie pozwalał sobie na zastanowienie, czy to miało sens i czy nie byłoby zdrowiej, gdyby minęli się beznamiętnie na korytarzu i przestali kopać pod sobą wielki dół. Chyba każde spotkanie do tego prowadziło. A tu proszę - oto dół wykopany, widzą go obaj. Więc postanowili rzucić kładkę, żeby szydząc z nici Losu spotkać się nad nim.
- Wstydliwy ze mnie dżentelmen. - Och tak, bardzo. Cain był w końcu niezwykle wstydliwym kochankiem. I delikatnym. - Czy jest coś, czego nie rozpamiętuje? - Zapytał za to, w nagrodę za tę drobinkę sarkazmu. Rozbawienia, żeby nie było wątpliwości! Za każdym razem bawiło go pytanie ludzi "czy pamiętasz..?". Co miał powiedzieć? Mówił, że chyba tak. Albo że spróbuje sobie przypomnieć. Z żartami w końcu było tak, że ważne, żeby ciebie samego bawiły. Przy Flynnie było trochę inaczej, bo Cainowi naprawdę bardzo zależało, żeby śmiać się razem z nim.
Rzucił te miecze w kąt, zaczął rozpinać te sprzączki, słuchając i zastanawiając się nad tym ambarasem. Król polujący na smoka, Fontaine smokiem zainteresowana, Dante... przecież to była zwykła obława. Jak bardzo chcieli ubić bestię? I dlaczego? Żeby była trofeum z łbem nad kominkiem?
- Obrzydliwe. - Powiedział to, co na ten temat myślał. Przy wszystkich filtrował swoje myśli i emocje, zazwyczaj starał się bardzo dokładnie dobrać każde słowo i ton. Każdy uśmiech i nawet spojrzenie. Gest. Szczerość nie była dobrym towarem w tym świecie, za często szkodziła. Przecież Flynnowi jednak ufał. Musiało chodzić o coś więcej niż ich łzy, klejnoty przylegające do łusek czy ogon będący gdzieniegdzie przysmakiem. I jeszcze... złoty smok? Ruchy Caina zwalniały, kiedy odpływał do swoich myśli i nieco nabrały tempa, kiedy poczuł przyciągnięcie do siebie. Skoncentrował wzrok na twarzy przed sobą i odgarnął kilka jego kosmyków przylepionych do czoła w tył. - Smoki to najinteligentniejsze stworzenia poza ludźmi dychające na tej ziemi. Nie zaatakowane nie atakują ludzi. A smok złoty... ciężko mi w to uwierzyć. Raczej parobkowie pomylili błysk jego klejnotów przylepionych do łusek. Złote smoki praktycznie nie istnieją. - Lekkie rozdrażnienie faktem, że chcieli polować na smoka powróciło. Nie pozwolę zabić tego smoka, jeśli jest niewinny. Wiesz o tym. - To nie było nawet pytanie. Stwierdzenie. Cain miał swój własny kompas moralny i nie był w stanie z niego zboczyć. Nie wypowiedział jednak tych słów. Zajął się ustami Flynna i obiecanym odprężeniem, przypieczętowaniem obietnic na jego ciele, nim wyruszą w tą szaloną podróż.