Skoro jego partnerka wieczoru, postanowiła że mają udać się pomóc znanemu dyplomacie, nie protestował. Lecz kieliszek z winem odstawił. Choć nie było mu nic po tym, jak z niego pił, to jednak wolał zachować ostrożność ze spożywaniem alkoholu. Nie miał tak dobrze jak panna Delacour.
Przeszli wspólnie do części bankietowej, gdzie Shafiq najwyraźniej walczył ze swoimi emocjami. Kiedy Camille się odezwała, Laurence na razie nie odzywał się. Lecz trzeba przyznać, że mężczyzna go zaskoczył przechodząc wprost do mowy francuskiej. Czyżby nie chciał, tradycyjnie w języku tego kraju, przedstawić zaistniały problem? Przy okazji dowiedzieli się, że tutejsze wino jest sprowadzone i najpewniej sponsorowane przez Shafiqa. Dobrze wiedzieć, co można bezpiecznego wypić. Więc to wino, które miał wcześniej, musiało być francuskie.
Skoro ich znajomy, zdecydował się prowadzić konwersację po francusku, Laurence uczynił to samo.- Tak. Dostrzegłem stworzenie przebiegające przez salę. Pewnie chodzi Ci o kapibarę?
Pojęcie o świecie, roślinach i zwierzętach jako tako posiadał. To i przerośnięte chomiki rozpoznał jako kapibary. Shafiq ostrzegł przed drinkami, co wyjaśniało zaistniały problem z zachowaniami innych osób.
- Rzekłbym, ostrożnie. Spokojnie.
Za wiele nie powiedział na ten temat. Może Camille zechce rozwinąć wypowiedź. Był tutaj jedynie dla rodziny i żeby nie być samemu. Wciąż mógł odczuwać żałobę po stracie żony, lecz te szybko mijały w rodach czystokrwistych. Ta cała dekoracja miejsca, mogła poniekąd przypominać trochę wystrojem pogrzebową dla niego aurę.
Wtedy też niespodziewanie zgasły światła. Ale tylko dlatego, żeby wjechał tort, co mogło wielu uspokoić. Nikt dziki nie atakował. Trwało to moment, po czym oświetlenie wróciło na powrót. Laurence nie miał ochoty na cokolwiek słodkiego, więc gdyby został poczęstowany tortem, odmówiłby. Może później.