28.06.2024, 21:06 ✶
Próbował odszukać to słowo w swojej głowie.
- Dżentelmen? - Zapytał trochę nieprzytomnie, zamrugał. Rozumiał, że to miał być dowcip, wyczuł to po samym tonie, nie rozumiał jednak słowa. To jakieś nowe określenie na paroba? - Są rzeczy, które zgrabnie omijasz - zauważył, ale wcale nie miał zamiaru tego drążyć. Rzucił tymi słowami, ale chyba tylko po to, aby nie pozostawić tego zjawiska niezauważonym. To, że tak funkcjonowali, nie było z jego strony ślepotą, tylko akceptacją.
Stojąc z nim w tej komnacie, mając go blisko, mogąc objąć go rękoma i poczuć jego obecność jeszcze mocniej niż na korytarzach zamku, kompletnie już zapomniał o tej sprzeczce sprzed momentu. Nim znowu się tu spotkali, a on siedział z Fontaine, już dawno dotarło do niego, jak straszna pustka pomiędzy nimi była - taka bolesna obojętność, czasami nawet chłód, ale... wcale nie zamknął się z nim tutaj z tego powodu. Nawet gdyby była dla niego taka jak wcześniej, ich relacja nigdy nie miała takiego wydźwięku - to co ich łączyło, określiłby mianem przydatności, ten Wiedźmin był inny. Przy tym Wiedźminie miękły mu kolana. Ten Wiedźmin był kompletnym szaleńcem, czasami zachowywał się jakby miał wszystko pod kontrolą, innym razem błagał tymi smutnymi, sinymi oczyma o bycie ocalonym. I lubił go, potrafił pokochać znienawidzonego przez wszystkich Crowa, chociaż był tak chaotyczny i chciał wszystkiego naraz, chociaż jęczał, wymuszał i płonął, płonął, wybuchał żywym ogniem co rusz, jakby ktoś mu serce na te nici przeznaczenia przywiązał. Crowowi to schlebiało. Posiadanie kogoś, kogo serce było do niego przyklejone, kto nie był w pełni zadowolony z uwagi innego ciała. Nowa koncepcja w tym okrutnym zamku, świeża myśl w repertuarze jego zachowań - wierność. Działanie wbrew własnej naturze, ale to miał być jego Wiedźmin, tak?
Wartościował życie i komfort ludzi ponad egzystencję tego stworzenia, byłby skory je zabić, jeżeli to naprawdę przyczyniło się do jakiegoś większego dobra. Powiedział to przecież - uratuje tych ludzi z nim lub bez niego. Rozumiał jednak to, co do niego mówiono, przeciskał to przez filtr tego, co o Cainie wiedział. Nie skomentował więc tego obrzydliwe czymkolwiek innym niż wpatrywaniem się w niego z uwagą. Pocałowany objął go szczelniej rękoma wokół szyi, nie folgując już sobie w intensywności, ale czuć było, że jakaś myśl mu się jednak gdzieś tam skrada, nie oddał się temu w pełni. Kiedy ich wargi się rozdzieliły, cmoknął nagle.
- Cóż, widziałem go. Faktycznie wyglądał inaczej - przyznał, mrużąc oczy. Nie odsunął się ani na krok. Nie pozwolił mu odejść, puścił go tylko po to, żeby zacząć rozplątywać rzemień trzymających w ryzach jego szatę. - Ale nie widziałem koloru. Nie widziałem też klejnotów przylepionych do jego łusek. Nie widziałem też, żeby odlatywał z pola z krową, a tego bym się po nim spodziewał. - Mówił to cicho, trochę niewyraźnie, bo pierwsze iskry podniecenia skutecznie przyćmiewały mu sens jego własnych słów. I bez zwątpienia w to, co mówił do niego Cain - on najwyraźniej nie mógł znieść tego, że nie rozumiał, co właściwie zobaczył. Głośno wciągnął powietrze, kiedy czarny materiał opadł na zimną podłogę. Nie różnił się wcale od siebie z ich ostatniego zbliżenia - blizny po oparzeniach zastygły na nim, pewnie już na zawsze.
- Nie musisz tłumaczyć mi tego teraz - powiedział, łapiąc go za podbródek. - Mów mi te swoje zbereźne rzeczy, a ja ci przypomnę jak to jest kiedy pieprzy cię ktoś, komu dusza płonie żywym ogniem. - Przeszyła go kolejna fala ciepła, a później w nim zwyczajnie utonął.
I tyle potrzebował do stania się spokojnym. Każdy, kto mówił, że wściekłość i rozpacz dało się w czymś umieścić, mylił się, albo został okłamany. Przez innych albo samego siebie. Nie dało się uczuć w czymś umieścić, uczucia trzeba było czuć, przeżyć je, zużyć, wyczerpać, a to był pewnie najlepszy możliwy na to sposób.
Jutro będą wspinali się na górę. Jutro ocknie się pomiędzy masą drzew i dopiero do niego dotrze, że to wszystko dzieje się naprawdę. Że się ścigają z czasem, być może stracili go za dużo, ale nie mógł się teraz powstrzymać. Nie mógłby się skoncentrować, nie z głową przeżartą tyloma rzeczami co jego.
- Dżentelmen? - Zapytał trochę nieprzytomnie, zamrugał. Rozumiał, że to miał być dowcip, wyczuł to po samym tonie, nie rozumiał jednak słowa. To jakieś nowe określenie na paroba? - Są rzeczy, które zgrabnie omijasz - zauważył, ale wcale nie miał zamiaru tego drążyć. Rzucił tymi słowami, ale chyba tylko po to, aby nie pozostawić tego zjawiska niezauważonym. To, że tak funkcjonowali, nie było z jego strony ślepotą, tylko akceptacją.
Stojąc z nim w tej komnacie, mając go blisko, mogąc objąć go rękoma i poczuć jego obecność jeszcze mocniej niż na korytarzach zamku, kompletnie już zapomniał o tej sprzeczce sprzed momentu. Nim znowu się tu spotkali, a on siedział z Fontaine, już dawno dotarło do niego, jak straszna pustka pomiędzy nimi była - taka bolesna obojętność, czasami nawet chłód, ale... wcale nie zamknął się z nim tutaj z tego powodu. Nawet gdyby była dla niego taka jak wcześniej, ich relacja nigdy nie miała takiego wydźwięku - to co ich łączyło, określiłby mianem przydatności, ten Wiedźmin był inny. Przy tym Wiedźminie miękły mu kolana. Ten Wiedźmin był kompletnym szaleńcem, czasami zachowywał się jakby miał wszystko pod kontrolą, innym razem błagał tymi smutnymi, sinymi oczyma o bycie ocalonym. I lubił go, potrafił pokochać znienawidzonego przez wszystkich Crowa, chociaż był tak chaotyczny i chciał wszystkiego naraz, chociaż jęczał, wymuszał i płonął, płonął, wybuchał żywym ogniem co rusz, jakby ktoś mu serce na te nici przeznaczenia przywiązał. Crowowi to schlebiało. Posiadanie kogoś, kogo serce było do niego przyklejone, kto nie był w pełni zadowolony z uwagi innego ciała. Nowa koncepcja w tym okrutnym zamku, świeża myśl w repertuarze jego zachowań - wierność. Działanie wbrew własnej naturze, ale to miał być jego Wiedźmin, tak?
Wartościował życie i komfort ludzi ponad egzystencję tego stworzenia, byłby skory je zabić, jeżeli to naprawdę przyczyniło się do jakiegoś większego dobra. Powiedział to przecież - uratuje tych ludzi z nim lub bez niego. Rozumiał jednak to, co do niego mówiono, przeciskał to przez filtr tego, co o Cainie wiedział. Nie skomentował więc tego obrzydliwe czymkolwiek innym niż wpatrywaniem się w niego z uwagą. Pocałowany objął go szczelniej rękoma wokół szyi, nie folgując już sobie w intensywności, ale czuć było, że jakaś myśl mu się jednak gdzieś tam skrada, nie oddał się temu w pełni. Kiedy ich wargi się rozdzieliły, cmoknął nagle.
- Cóż, widziałem go. Faktycznie wyglądał inaczej - przyznał, mrużąc oczy. Nie odsunął się ani na krok. Nie pozwolił mu odejść, puścił go tylko po to, żeby zacząć rozplątywać rzemień trzymających w ryzach jego szatę. - Ale nie widziałem koloru. Nie widziałem też klejnotów przylepionych do jego łusek. Nie widziałem też, żeby odlatywał z pola z krową, a tego bym się po nim spodziewał. - Mówił to cicho, trochę niewyraźnie, bo pierwsze iskry podniecenia skutecznie przyćmiewały mu sens jego własnych słów. I bez zwątpienia w to, co mówił do niego Cain - on najwyraźniej nie mógł znieść tego, że nie rozumiał, co właściwie zobaczył. Głośno wciągnął powietrze, kiedy czarny materiał opadł na zimną podłogę. Nie różnił się wcale od siebie z ich ostatniego zbliżenia - blizny po oparzeniach zastygły na nim, pewnie już na zawsze.
- Nie musisz tłumaczyć mi tego teraz - powiedział, łapiąc go za podbródek. - Mów mi te swoje zbereźne rzeczy, a ja ci przypomnę jak to jest kiedy pieprzy cię ktoś, komu dusza płonie żywym ogniem. - Przeszyła go kolejna fala ciepła, a później w nim zwyczajnie utonął.
I tyle potrzebował do stania się spokojnym. Każdy, kto mówił, że wściekłość i rozpacz dało się w czymś umieścić, mylił się, albo został okłamany. Przez innych albo samego siebie. Nie dało się uczuć w czymś umieścić, uczucia trzeba było czuć, przeżyć je, zużyć, wyczerpać, a to był pewnie najlepszy możliwy na to sposób.
Jutro będą wspinali się na górę. Jutro ocknie się pomiędzy masą drzew i dopiero do niego dotrze, że to wszystko dzieje się naprawdę. Że się ścigają z czasem, być może stracili go za dużo, ale nie mógł się teraz powstrzymać. Nie mógłby się skoncentrować, nie z głową przeżartą tyloma rzeczami co jego.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.