28.06.2024, 13:18 ✶
Poruszył się niespokojnie na swoim miejscu. Skrzydła... przywodziły mu na myśl nawet nie swoją drugą, tajną formę. Skrzydła przywodziły mu na myśl postać z przeszłości, postać jego matki, która według tego w co wierzył, w co bardzo chciał wierzyć, była jego opiekuńczym duchem przez te wszystkie lata. Wyleciała po śmierci ojca fakt, trauma związana z jego ostatnim tchnieniem uwolniła bestię, ale przecież jej silny charakter nie poddałby się zupełnie, nie umknąłby w niebyt, w pustkę, nie opuściłaby swojego syna nie po tym jak ukradła go światu, zagarniając tylko dla siebie. Nie nie... nie zagarniała, nie kradła, ona chroniła go i ukryła w Kniei przed złem tego świata, przed krwiożerczym systemem, który zachłannie wyciągałby po niego swoje mechaniczne palce ociekające smarem, śmierdzące londyńskim rynsztokiem.
Samuel uciekł wzrokiem ku sali i dostrzegł Norę. Pozornie spokojną, tak, nie był w stanie odczytać jej intencji, nie był w stanie dostrzec szarpiących ją rozterek. Wydawała się być szczęśliwa, rozmawiała z Erikiem, śmiała się, droczyła z nim w lekkości jaką zapamiętał z dawnych lat. Może nie powinien ładować się sobą w jej życie? Może nie powinien nagle tłumaczyć się, spowiadać, szczególnie, że przecież nie zrobił tego osiem lat temu. Wtedy powiedział jej tylko "odchodzę", wtedy nie zająknął się chorobą ojca, klątwą matki, nie zająknął się, nie zdradził jej czemu sam ma taki problem z przebywaniem w Londynie, nie mówił o więzi z zaborczą Knieją, która nie chce wypuścić go ze swoich rąk.
To było niemożliwe do połączenia – zasępił się mocno, a wszystkie dawne rozterki uderzyły z całą mocą. Czy to były te małe problemy, czy to były te skrzydła, wieści? Może ona też chciała mu o czymś powiedzieć? Może nad jej głową też ciążyła klątwa, o której w młodości sobie nie powiedzieli, nie odsłonili się.
– Zarodniki. Pękają i wypuszczają zarodniki. Część grzybów działa w ten sposób. Purchawki z tych najbardziej znanych. – podsunął Morpheusowi odpowiedź, ale głos wskazywał jasno na fakt, że był już myślą i duchem nieobecny. Tak na prawdę w swojej głowie zmienił się w małego krogulca, który wzleciał pod sufit magicznie ustrojonej remizy tylko po to, by przysiąść na ramieniu Nory, by patrzeć swoim zlocisto-pomarańczowym oczkiem na konkurenta i skrzeczeć za każdym razem, gdyby Longbottom cokolwiek próbował powiedzieć. Miał go za swojego przyjaciela, za swojego opiekuna, od pierwszych chwil ufnie podchodził do jego słów i gestów. Ale czy nie była to ułuda? Dziedzic pozostawał dziedzicem, gdy on był tylko jego sezonowym pracownikiem. Od czasu wspólnego wyjścia na ryby nie rozmawiali, wymienili ledwie parę uprzejmości tylko po to by zniknąć ze swoich żyć. Z Brenną chociaż łączyły go dawne psoty i eksploracja głuszy, ale z nim?
W sumie mógłby tu i teraz zapytać Morpheusa, czy wie może czy jego bratanek ma plany matrymonialne z panną Figg. Wróżbita raczej nie miałby powodów, żeby go w tej kwestii okłamać. Z drugiej strony... czy w ten sposób nie naruszyłby woli Nory, aby to wszystko było sekretem? Czy nie odsłoniłby się zanadto, czy jego rozmówca nie zacząłby dopytywać o to zainteresowanie? Już dzisiaj dość naplótł bzdur o tych ptakach, co tak rozsierdziło Neila, teraz o tym spółkowaniu w trzy osoby. Może już wystarczyło jak na jedną małą potańcówkę?
– Mmmm.... przepraszam, ale... hmmm.... dziękuję za wróżby, ale na mnie już pora. – powiedział nieoczekiwanie, dźwigając się z koca. – Bardzo mmm.... bardzo mmiło było spędzić z Wami czas tutaj ee... dziękuję. – wzrok i tak mu uciekał do chichoczącej jasnowłosej nimfy, twarz pokryła mu się rumieńcem, chłodne oczy gorzały zazdrością, która niegdyś popchnęła go do zerwania tej znajomości. Z nim będziesz szczęśliwsza – myślał sobie kiedyś, płakał, zawodził, ale wierzył w to i otulał się myślą, że to wszystko co czyni to dla jej dobra. Czy tak było w rzeczywistości? Czy pisałaby do niego po pijaku, gdyby była szczęśliwa? Czy drżałaby w jego ramionach słuchając piosenki o rozstaniu, o szczęsliwej przeszłości, o obwinianiu się...
Najchętniej by uciekł całkowicie, ale zrobił to tylko połowicznie. Podziękował Brennie za zaproszenie i pomoc w doborze ubrania i wyszedł przed szopę by poczekać. By poczekać na nią. By spróbować zdjąć z jej barków myśli, że to kiedykolwiek była jej wina. To nigdy nie była jej wina. Tylko jego.
Samuel uciekł wzrokiem ku sali i dostrzegł Norę. Pozornie spokojną, tak, nie był w stanie odczytać jej intencji, nie był w stanie dostrzec szarpiących ją rozterek. Wydawała się być szczęśliwa, rozmawiała z Erikiem, śmiała się, droczyła z nim w lekkości jaką zapamiętał z dawnych lat. Może nie powinien ładować się sobą w jej życie? Może nie powinien nagle tłumaczyć się, spowiadać, szczególnie, że przecież nie zrobił tego osiem lat temu. Wtedy powiedział jej tylko "odchodzę", wtedy nie zająknął się chorobą ojca, klątwą matki, nie zająknął się, nie zdradził jej czemu sam ma taki problem z przebywaniem w Londynie, nie mówił o więzi z zaborczą Knieją, która nie chce wypuścić go ze swoich rąk.
To było niemożliwe do połączenia – zasępił się mocno, a wszystkie dawne rozterki uderzyły z całą mocą. Czy to były te małe problemy, czy to były te skrzydła, wieści? Może ona też chciała mu o czymś powiedzieć? Może nad jej głową też ciążyła klątwa, o której w młodości sobie nie powiedzieli, nie odsłonili się.
– Zarodniki. Pękają i wypuszczają zarodniki. Część grzybów działa w ten sposób. Purchawki z tych najbardziej znanych. – podsunął Morpheusowi odpowiedź, ale głos wskazywał jasno na fakt, że był już myślą i duchem nieobecny. Tak na prawdę w swojej głowie zmienił się w małego krogulca, który wzleciał pod sufit magicznie ustrojonej remizy tylko po to, by przysiąść na ramieniu Nory, by patrzeć swoim zlocisto-pomarańczowym oczkiem na konkurenta i skrzeczeć za każdym razem, gdyby Longbottom cokolwiek próbował powiedzieć. Miał go za swojego przyjaciela, za swojego opiekuna, od pierwszych chwil ufnie podchodził do jego słów i gestów. Ale czy nie była to ułuda? Dziedzic pozostawał dziedzicem, gdy on był tylko jego sezonowym pracownikiem. Od czasu wspólnego wyjścia na ryby nie rozmawiali, wymienili ledwie parę uprzejmości tylko po to by zniknąć ze swoich żyć. Z Brenną chociaż łączyły go dawne psoty i eksploracja głuszy, ale z nim?
W sumie mógłby tu i teraz zapytać Morpheusa, czy wie może czy jego bratanek ma plany matrymonialne z panną Figg. Wróżbita raczej nie miałby powodów, żeby go w tej kwestii okłamać. Z drugiej strony... czy w ten sposób nie naruszyłby woli Nory, aby to wszystko było sekretem? Czy nie odsłoniłby się zanadto, czy jego rozmówca nie zacząłby dopytywać o to zainteresowanie? Już dzisiaj dość naplótł bzdur o tych ptakach, co tak rozsierdziło Neila, teraz o tym spółkowaniu w trzy osoby. Może już wystarczyło jak na jedną małą potańcówkę?
– Mmmm.... przepraszam, ale... hmmm.... dziękuję za wróżby, ale na mnie już pora. – powiedział nieoczekiwanie, dźwigając się z koca. – Bardzo mmm.... bardzo mmiło było spędzić z Wami czas tutaj ee... dziękuję. – wzrok i tak mu uciekał do chichoczącej jasnowłosej nimfy, twarz pokryła mu się rumieńcem, chłodne oczy gorzały zazdrością, która niegdyś popchnęła go do zerwania tej znajomości. Z nim będziesz szczęśliwsza – myślał sobie kiedyś, płakał, zawodził, ale wierzył w to i otulał się myślą, że to wszystko co czyni to dla jej dobra. Czy tak było w rzeczywistości? Czy pisałaby do niego po pijaku, gdyby była szczęśliwa? Czy drżałaby w jego ramionach słuchając piosenki o rozstaniu, o szczęsliwej przeszłości, o obwinianiu się...
Najchętniej by uciekł całkowicie, ale zrobił to tylko połowicznie. Podziękował Brennie za zaproszenie i pomoc w doborze ubrania i wyszedł przed szopę by poczekać. By poczekać na nią. By spróbować zdjąć z jej barków myśli, że to kiedykolwiek była jej wina. To nigdy nie była jej wina. Tylko jego.
Postać opuszcza sesję