28.06.2024, 23:48 ✶
Życie musiało toczyć się dalej, niestety Flynn przez kilka najwcześniejszych minut tego poranka, nie potrafił przypomnieć sobie dlaczego. Lubił budzić się w pobliżu. Jak miałby być nieszczęśliwy, skoro zamiast w smutną, zimną pościel, budził się zawinięty w jego ramiona? Jeszcze lepiej - czasami, chociaż nie dzisiaj, w jego ubraniach, koszulach pachnących w ten specyficzny sposób, w jaki pachniało wszystko, co posiadał. Gdyby miał wybrać swoje dobre miejsce, wybrałby właśnie łóżko, w którym mógłby zostać razem z nim - taki koniec by sobie napisał, obok niego, pełen czułości, ciepła i ulubionej muzyki. Nie czuł się jakby byli obok, oni byli... w sobie, prawda? Nie musiał być już tylko Crowem, cierpieć w obrębie własnej głowy, tak smutnej, ciasnej, nieprzyjemnej - poszerzały mu się horyzonty, gotów był do współodczuwania. Nawet tak sobie przypomniał o tym smoku, o wszystkim, co niewypowiedziane pomiędzy nimi. No tak, to dlatego musieli wstać. Chciałby mu jakoś pomóc, żeby to wszystko, co mieli dzisiaj przetrwać, nie było posypane negatywnymi emocjami, jednocześnie najlepiej dla niego by było, gdyby wcale nie musieli się stąd ruszać. Gdyby mógł się solidnie wyspać, tak jak lubił. Gdyby Cain nie był gotów do wyruszenia w podróż tak szybko, najlepiej to wcale.
Kiedy opuszczą ten zamek, wszystko stanie się prawdziwe. To, że zdradzi ją i nie będzie miał tu nigdy powrotu. Pójdą razem szukać smoczego leża, mając inne cele i przekonania. Powierzy czas, jaki mu został człowiekowi, jakiego wielu uznałoby za nieobliczalnego... Bardzo to do niego pasowało, taka nagła decyzja, podjęta pod wpływem chwili, w ogóle nieprzemyślana - uczucia przychodziły najpierw, analiza za i przeciw później. Tylko Flynn nie musiał się pakować, miał tych kilka dodatkowych minut do poukładania tego w głowie i dochodził do prostego wniosku: jebać to. Nigdy mu nie zależało na tych wygodach, mógł nawet zrzec się swojego stołka w Loży, jeżeli tylko ten Wiedźmin dotrzyma mu swojej obietnicy. Nie miał nawet czego stąd zabrać oprócz siebie - książki to on nosił w pamięci, nie miał żadnych planów, żadnego przedmiotu mu nie było żal, czuł się tu obco, czerpał stąd powód do istnienia, ale jeśli powie mu teraz żegnaj, już teraz czuł, jak ten powód staje się coraz bardziej lichy, jak kruszeje. Na kartce może by mu mógł to napisać, nigdy by mu tego nie powiedział w cztery oczy, a nawet gdyby to z siebie wydusił, oboje by wiedzieli, jak paskudne to było kłamstwo, że go przy sobie nie chciał.
Kiedy się wreszcie podniósł, założył na siebie te same ubrania, które miał na sobie wczoraj i Cain przerwał ciszę, jaka pomiędzy nimi zapadła, Crow pomyślał o trzech rzeczach. Po pierwsze - to była jego wina. Po drugie - on był gotowy, naprawdę zamierzał to zrobić. Nie będzie już nigdy świata, w którym tego nie zrobił. A co jak to się skończy? Co kiedy to się skończy? Wszystko miało swój koniec, ich historia też będzie miała i... i trzecie, po tym jak usłyszał to „jesteś piękny” - jebać to.
- Wyprzedził nas Dante - przypomniał mu wczorajszą rozmowę, zawiązując rzemień wokół ostatniego haczyka na swoim płaszczu. - Ale on nie potrafi czarować. - Wpatrywał się w niego przez moment, w te jego ręce złożone na klatce piersiowej, w te jego oczy podkrążone, przypomniał sobie ten wczorajszy tekst, o świecie płonącym z zazdrości, przeczesał palcami roztrzepane od spania włosy i przypieczętował podjętą wcześniej decyzję. - I jestem twój. - W jego głowie to brzmiało trochę jak groźba. Jak powiedzenie: teraz jesteś za mnie odpowiedzialny, a bycie odpowiedzialnym za Crowa było dosyć ciężkim przedsięwzięciem.
Poprawił aksamitkę z obsydianową gwiazdą, po czym uniósł w górę rękę. Po komnacie poniósł się trzask magii, tak głośny jak uderzenie pioruna, ale dźwięk ten został zagłuszony przez poprzednie zaklęcie mające dać im tutaj prywatność. Iskry zatańczyły w kole, tworząc bramę portalu prowadzącego najdalej, gdzie potrafił ich przenieść.
- Za godzinę miałem być na śniadaniu, wtedy domyśli się, co się stało.
I spodziewał się, że (delikatnie mówiąc) nie będzie zadowolona. Był przekonany o jej zapatrzeniu we własną osobę - zapewne oczekiwała od niego przekonania Wiedźmina na osobności. Ciekawe czy istniała jakaś inna wersja tej opowieści. Taka, w której się na taki ruch nie odważył i rozeszli się w swoje strony. Nic nie dodając, splótł ich palce i pociągnął go w kierunku stworzonej przez siebie ścieżki.
Kiedy opuszczą ten zamek, wszystko stanie się prawdziwe. To, że zdradzi ją i nie będzie miał tu nigdy powrotu. Pójdą razem szukać smoczego leża, mając inne cele i przekonania. Powierzy czas, jaki mu został człowiekowi, jakiego wielu uznałoby za nieobliczalnego... Bardzo to do niego pasowało, taka nagła decyzja, podjęta pod wpływem chwili, w ogóle nieprzemyślana - uczucia przychodziły najpierw, analiza za i przeciw później. Tylko Flynn nie musiał się pakować, miał tych kilka dodatkowych minut do poukładania tego w głowie i dochodził do prostego wniosku: jebać to. Nigdy mu nie zależało na tych wygodach, mógł nawet zrzec się swojego stołka w Loży, jeżeli tylko ten Wiedźmin dotrzyma mu swojej obietnicy. Nie miał nawet czego stąd zabrać oprócz siebie - książki to on nosił w pamięci, nie miał żadnych planów, żadnego przedmiotu mu nie było żal, czuł się tu obco, czerpał stąd powód do istnienia, ale jeśli powie mu teraz żegnaj, już teraz czuł, jak ten powód staje się coraz bardziej lichy, jak kruszeje. Na kartce może by mu mógł to napisać, nigdy by mu tego nie powiedział w cztery oczy, a nawet gdyby to z siebie wydusił, oboje by wiedzieli, jak paskudne to było kłamstwo, że go przy sobie nie chciał.
Kiedy się wreszcie podniósł, założył na siebie te same ubrania, które miał na sobie wczoraj i Cain przerwał ciszę, jaka pomiędzy nimi zapadła, Crow pomyślał o trzech rzeczach. Po pierwsze - to była jego wina. Po drugie - on był gotowy, naprawdę zamierzał to zrobić. Nie będzie już nigdy świata, w którym tego nie zrobił. A co jak to się skończy? Co kiedy to się skończy? Wszystko miało swój koniec, ich historia też będzie miała i... i trzecie, po tym jak usłyszał to „jesteś piękny” - jebać to.
- Wyprzedził nas Dante - przypomniał mu wczorajszą rozmowę, zawiązując rzemień wokół ostatniego haczyka na swoim płaszczu. - Ale on nie potrafi czarować. - Wpatrywał się w niego przez moment, w te jego ręce złożone na klatce piersiowej, w te jego oczy podkrążone, przypomniał sobie ten wczorajszy tekst, o świecie płonącym z zazdrości, przeczesał palcami roztrzepane od spania włosy i przypieczętował podjętą wcześniej decyzję. - I jestem twój. - W jego głowie to brzmiało trochę jak groźba. Jak powiedzenie: teraz jesteś za mnie odpowiedzialny, a bycie odpowiedzialnym za Crowa było dosyć ciężkim przedsięwzięciem.
Poprawił aksamitkę z obsydianową gwiazdą, po czym uniósł w górę rękę. Po komnacie poniósł się trzask magii, tak głośny jak uderzenie pioruna, ale dźwięk ten został zagłuszony przez poprzednie zaklęcie mające dać im tutaj prywatność. Iskry zatańczyły w kole, tworząc bramę portalu prowadzącego najdalej, gdzie potrafił ich przenieść.
- Za godzinę miałem być na śniadaniu, wtedy domyśli się, co się stało.
I spodziewał się, że (delikatnie mówiąc) nie będzie zadowolona. Był przekonany o jej zapatrzeniu we własną osobę - zapewne oczekiwała od niego przekonania Wiedźmina na osobności. Ciekawe czy istniała jakaś inna wersja tej opowieści. Taka, w której się na taki ruch nie odważył i rozeszli się w swoje strony. Nic nie dodając, splótł ich palce i pociągnął go w kierunku stworzonej przez siebie ścieżki.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.