29.06.2024, 00:12 ✶
Flynn nieszczególnie mocno przeżywał to, że to, co powiedział niezależnie od rzuconego na to światła, musiało uchodzić za obrzydliwe. Było takim - zdawał sobie z tego sprawę, ujął te uczucia w tak nieodpowiednie słowa jak tylko on potrafił. Kocham go. Mamy wspaniałą, piękną, silną więź. Istniało tyle słów lepszych od tego co z siebie wydusił, ale niczego już nie był pewny. Kochał go, ale to nie było wystarczające. Mieli tę więź, ale ona rozpadała się teraz albo przekształcała w coś, na co nie chciał patrzeć, bo bał się tego niemożebnie, ale... Problemem nie było przecież bycie braćmi, oh nie, to pewnie ostatnie spoiwo ich relacji zakazujące Alexandrowi wyrzucenia go z Fantasmagorii, chociaż już teraz nakazał mu spanie poza swoim wozem. Po prostu mendą był. Tak po prostu, Alexander szuję sobie wybrał, Flynn zdawał sobie sprawę z własnych niedoskonałości i dowalał sobie takimi przemyśleniami, nie potrzeba mu do tego było żadnego wsparcia. Był cholerną mendą zdradzającą go z innymi facetami, a jednego z nich kochał ponad swoje życie. Ha! Powiedział jej „brzmisz jak ja”, zupełnie jakby byli do siebie niesamowicie podobni, ale to chyba jednak nie była ta sytuacja, ona tu przecież opłakiwała brak możliwości związania się z żadnym facetem, jaki jej się podobał, on... nie potrafił wybrać. Chciał mieć ich obu, był gotów na wiele, aby tylko uczynić ich życie szczęśliwszym, zrobiłby dla nich cokolwiek, na co wpadłby rozumny człowiek, oprócz porzucenia tego drugiego. Nie było kurwa mowy.
Widział, co to zdanie z nią zrobiło. Odetchnął. Nie mógł dać jej tego co kiedyś, nie sądził też, aby miała tego oczekiwać. Pod pewnymi względami zdawała się mieć nieco bardziej rozchwianą i nieprzyjemną energię niż wtedy, kiedy się ze sobą pieprzyli, ale... dostrzegał w tych miodowych oczach coś nowego, jakąś siłę i zdecydowanie, jakby nabierała rozpędu. I dobrze.
Płakała - co z tego? On też płakał, kiedy nazbierało się w nim zbyt wiele. Płakał, krzyczał, szarpał, gryzł, skakał, śpiewał, tańczył, wyzywał - te uczucia trzeba było wypalić, zużyć, wyczerpać. Nie można było ich w sobie dusić, jeśli się nie chciało zginąć marnie pod ciężarem własnych myśli. Miał już od prób zignorowania tej mądrości szereg siwych włosów. Wyrywanie ich przestawało pomagać. Więc niech płacze, niech się wykrzyczy w taki czy inny sposób - ale może nie tu? Na oczach potencjalnych gapiów, w miejscu, gdzie ktoś mógł przyjść i zobaczyć ją w gorszym momencie.
Flynn objął ją ramieniem, przycisnął do siebie w bardzo ciepły i czuły sposób, a później - pyk. Na schodkach pozostały tylko taca i pusty kieliszek, ktoś znajdzie je rano, kiedy będą sprzątali ogród. Nikt go o to nie zapyta. Zresztą, nie miał zamiaru się do tego przyznawać. Marynarka spadła na ziemię, a on przytrzymał Millie, sadzając ją na masce swojego samochodu. Delikatna jak wcześniej, niziutka kruszynka. Jednocześnie posiadała w sobie jakąś furię, huragan - gdyby ją musiał ująć matematyką, byłaby jakimś ekstremum na siłę wciśniętym w coś, w czym nie powinno się zmieścić. Bogowie wykonali tutaj złe obliczenia.
Schylił się w dół, podnosząc to ubranie, musiał je niby zwrócić, jednak zrobił to teraz tylko po to, żeby wyciągnąć tę chustkę wystającą z kieszonki i podać ją płaczącej dziewczynie.
- Chcesz się przejechać? - Tak, pił. Ale tylko jeden kieliszek.
Widział, co to zdanie z nią zrobiło. Odetchnął. Nie mógł dać jej tego co kiedyś, nie sądził też, aby miała tego oczekiwać. Pod pewnymi względami zdawała się mieć nieco bardziej rozchwianą i nieprzyjemną energię niż wtedy, kiedy się ze sobą pieprzyli, ale... dostrzegał w tych miodowych oczach coś nowego, jakąś siłę i zdecydowanie, jakby nabierała rozpędu. I dobrze.
Płakała - co z tego? On też płakał, kiedy nazbierało się w nim zbyt wiele. Płakał, krzyczał, szarpał, gryzł, skakał, śpiewał, tańczył, wyzywał - te uczucia trzeba było wypalić, zużyć, wyczerpać. Nie można było ich w sobie dusić, jeśli się nie chciało zginąć marnie pod ciężarem własnych myśli. Miał już od prób zignorowania tej mądrości szereg siwych włosów. Wyrywanie ich przestawało pomagać. Więc niech płacze, niech się wykrzyczy w taki czy inny sposób - ale może nie tu? Na oczach potencjalnych gapiów, w miejscu, gdzie ktoś mógł przyjść i zobaczyć ją w gorszym momencie.
Flynn objął ją ramieniem, przycisnął do siebie w bardzo ciepły i czuły sposób, a później - pyk. Na schodkach pozostały tylko taca i pusty kieliszek, ktoś znajdzie je rano, kiedy będą sprzątali ogród. Nikt go o to nie zapyta. Zresztą, nie miał zamiaru się do tego przyznawać. Marynarka spadła na ziemię, a on przytrzymał Millie, sadzając ją na masce swojego samochodu. Delikatna jak wcześniej, niziutka kruszynka. Jednocześnie posiadała w sobie jakąś furię, huragan - gdyby ją musiał ująć matematyką, byłaby jakimś ekstremum na siłę wciśniętym w coś, w czym nie powinno się zmieścić. Bogowie wykonali tutaj złe obliczenia.
Schylił się w dół, podnosząc to ubranie, musiał je niby zwrócić, jednak zrobił to teraz tylko po to, żeby wyciągnąć tę chustkę wystającą z kieszonki i podać ją płaczącej dziewczynie.
- Chcesz się przejechać? - Tak, pił. Ale tylko jeden kieliszek.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.