07.01.2023, 22:44 ✶
Dni oraz noce mijały niespodziewanie, gdy nie oglądało się zachodów i wschodów słońca. William wychodził z pracowni, wiedział, że potrzebował słońca i powietrza do funkcjonowania, tak samo jak jedzenia i picia, ale czasami zdarzało mu się po prostu zapominać, zatracić się w myśli, a potem kolejnej, z niej kiełkującej i tak właśnie zimna zmieniała się we wiosnę, a wiosna bardzo szybko lato, a Lestrange'owi wciąż wydawało się, ze jest listopad.
Nie przejął się tym, że ktoś wszedł do pracowni - zazwyczaj była to gosposia, którą Eden poinstruowała, aby przyniosła mu chociaż dwa razy w ciągu dnia coś do picia albo do jedzenia. Skupiał się na dwóch fiolkach, które miał w dłoni, definitywnie próbował wywnioskować coś z tej większej, bo przyglądał się jej z bliska mając na sobie okulary, gogle, tak właściwie, które powiększały jego oczy do tego stopnia, że wyglądał komicznie, zupełnie jakby te były dwoma balonami na jego czole, a nie faktyczną częścią twarzy. Nie odwrócił się od wykonywanej czynności, więc dopóki do uszu Williama nie dotarł znajomy, męski głos, nie wiedział z kim ma do czynienia, więc też nie spodziewał się tak skrzętnie zaplanowanego ataku na jego kark.
Poskoczył na krześle, aż prawie wypuścił jedną z fiolek, w której rozczyn zabulgotał niebezpiecznie, jakby niezadowolony z tak gwałtownego ruchu. Lestrange syknął niezadowolony, poniekąd trochę spanikowany i szybko dolał do większego naczynia zawartość z tego mniejszego. Substancja puściła niewielki dymek, ale przestała bulgotać i skwierczeć. Dopiero wtedy William ostawił ją na podstawkę, a pustą probówkę zatkał korkiem zanim odłożył obok, przesuwając wszystko na bok długiego blatu.
- Cas, na gacie Merlina. Mówiłem Ci żebyś mnie nie traktował złym dotykiem jak pracuje, bo może być to ostatni zły dotyk jaki wystosujesz w całym swoim i moim życiu. - definitywnie odetchnął, gdy odwrócił się w stronę rozmówcy, ale nie dlatego, że mógł zobaczyć zadowoloną z siebie facjatę blondyna, a po prostu z ulgi, że wciąż może na nią patrzeć, a nie ewakuować się ze strefy skażonej niebezpieczną substancją.
- A odpowiadając na twoje pytanie to chyba jeszcze nie, myślałem ostatnio nad taką lampą, która miałaby takie same właściwości, co słońce. Nie jestem co prawda od robienia wynalazków, ale myślę, że za pomocą połączenia odpowiednich substancji dałoby się stworzyć taki płyn, za odpowiednim tworzywem, który wpływałby może... Wiesz co, nie ważne. - poczuł zapach jedzenia i zaburczało mu w brzuchu, dlatego przerwał. Zorientował się też, że wciąż ma na sobie olbrzymie gogle, więc przesunął je na czoło, odgarniając kręcone, czarne włosy. Przesunął dłonią po twarzy, na której odbite miał czerwone kółka od odzieży ochronnej.
- Dziękuje za jedzenie - bąknął, trochę skrępowany, ale potem uniósł brew na kolejną wypowiedź drugiego mężczyzny.
- A który to był Leach? Czekaj, czekaj. Nie przypominaj mi. Jaki mamy miesiąc, jest Grudzień, chyba, bo Eden mówiła ostatnio coś o świętach. O matko, na pewno jest grudzień? A co jak jest styczeń i zapomniałem o Yule? - zestresował się wyraźnie. Jeżeli Flint chciał pociągnąć rozmowę o Leachu musiał definitywnie sprowadzić Leastreange'a do poziomu gruntu z niebios, w których teraz bujał razem z obłokami, tylko takimi burzowymi, prawdopodobnie marszcząc idealnie wyskubane, blond brwi, zupełnie jak jego żona.
- Może i by próbowali, jakby wiedzieli gdzie jestem albo nie bali się tu wejść. Albo uważali za kogokolwiek wartego uwagi, wiesz jak to jest. Jeżeli się nie zgadzasz z ogółem opinii od razu jesteś dziwadłem. Ludzie nie lubią słuchać, lubią mówić. - mówił, może trochę wymijająco, ale trzeba było dać mu chwilę na przyzwyczajenie się do tego, ze nie jest sam ze swoimi myślami i, ze musi je dokładniej tłumaczyć, aby 'szersza' (tzn. jeden dodatkowy człowiek) publika zrozumiała.
Spojrzał na pakunek, a potem na Castiela, jego trochę wilgotne od płatków śniegu włosy, i uśmiechnął się blado. Zaczął rozpakowywać pakunek.
- Ty tez jesz, rozumiem? - zapytał, bo byłoby mu głupio jakby sam wchłaniał przed kimś obiad. Albo kolacje? Merlin wie jaka teraz jest pora dnia (bo William nie wie).
Nie przeszkadzało mu, ze siedzą w pracowni, nie pomyślał nawet, aby zaproponować przejście do innego pomieszczenia. Spędzał tutaj większość swojego czasu, tak było mu wygodniej.
Nie przejął się tym, że ktoś wszedł do pracowni - zazwyczaj była to gosposia, którą Eden poinstruowała, aby przyniosła mu chociaż dwa razy w ciągu dnia coś do picia albo do jedzenia. Skupiał się na dwóch fiolkach, które miał w dłoni, definitywnie próbował wywnioskować coś z tej większej, bo przyglądał się jej z bliska mając na sobie okulary, gogle, tak właściwie, które powiększały jego oczy do tego stopnia, że wyglądał komicznie, zupełnie jakby te były dwoma balonami na jego czole, a nie faktyczną częścią twarzy. Nie odwrócił się od wykonywanej czynności, więc dopóki do uszu Williama nie dotarł znajomy, męski głos, nie wiedział z kim ma do czynienia, więc też nie spodziewał się tak skrzętnie zaplanowanego ataku na jego kark.
Poskoczył na krześle, aż prawie wypuścił jedną z fiolek, w której rozczyn zabulgotał niebezpiecznie, jakby niezadowolony z tak gwałtownego ruchu. Lestrange syknął niezadowolony, poniekąd trochę spanikowany i szybko dolał do większego naczynia zawartość z tego mniejszego. Substancja puściła niewielki dymek, ale przestała bulgotać i skwierczeć. Dopiero wtedy William ostawił ją na podstawkę, a pustą probówkę zatkał korkiem zanim odłożył obok, przesuwając wszystko na bok długiego blatu.
- Cas, na gacie Merlina. Mówiłem Ci żebyś mnie nie traktował złym dotykiem jak pracuje, bo może być to ostatni zły dotyk jaki wystosujesz w całym swoim i moim życiu. - definitywnie odetchnął, gdy odwrócił się w stronę rozmówcy, ale nie dlatego, że mógł zobaczyć zadowoloną z siebie facjatę blondyna, a po prostu z ulgi, że wciąż może na nią patrzeć, a nie ewakuować się ze strefy skażonej niebezpieczną substancją.
- A odpowiadając na twoje pytanie to chyba jeszcze nie, myślałem ostatnio nad taką lampą, która miałaby takie same właściwości, co słońce. Nie jestem co prawda od robienia wynalazków, ale myślę, że za pomocą połączenia odpowiednich substancji dałoby się stworzyć taki płyn, za odpowiednim tworzywem, który wpływałby może... Wiesz co, nie ważne. - poczuł zapach jedzenia i zaburczało mu w brzuchu, dlatego przerwał. Zorientował się też, że wciąż ma na sobie olbrzymie gogle, więc przesunął je na czoło, odgarniając kręcone, czarne włosy. Przesunął dłonią po twarzy, na której odbite miał czerwone kółka od odzieży ochronnej.
- Dziękuje za jedzenie - bąknął, trochę skrępowany, ale potem uniósł brew na kolejną wypowiedź drugiego mężczyzny.
- A który to był Leach? Czekaj, czekaj. Nie przypominaj mi. Jaki mamy miesiąc, jest Grudzień, chyba, bo Eden mówiła ostatnio coś o świętach. O matko, na pewno jest grudzień? A co jak jest styczeń i zapomniałem o Yule? - zestresował się wyraźnie. Jeżeli Flint chciał pociągnąć rozmowę o Leachu musiał definitywnie sprowadzić Leastreange'a do poziomu gruntu z niebios, w których teraz bujał razem z obłokami, tylko takimi burzowymi, prawdopodobnie marszcząc idealnie wyskubane, blond brwi, zupełnie jak jego żona.
- Może i by próbowali, jakby wiedzieli gdzie jestem albo nie bali się tu wejść. Albo uważali za kogokolwiek wartego uwagi, wiesz jak to jest. Jeżeli się nie zgadzasz z ogółem opinii od razu jesteś dziwadłem. Ludzie nie lubią słuchać, lubią mówić. - mówił, może trochę wymijająco, ale trzeba było dać mu chwilę na przyzwyczajenie się do tego, ze nie jest sam ze swoimi myślami i, ze musi je dokładniej tłumaczyć, aby 'szersza' (tzn. jeden dodatkowy człowiek) publika zrozumiała.
Spojrzał na pakunek, a potem na Castiela, jego trochę wilgotne od płatków śniegu włosy, i uśmiechnął się blado. Zaczął rozpakowywać pakunek.
- Ty tez jesz, rozumiem? - zapytał, bo byłoby mu głupio jakby sam wchłaniał przed kimś obiad. Albo kolacje? Merlin wie jaka teraz jest pora dnia (bo William nie wie).
Nie przeszkadzało mu, ze siedzą w pracowni, nie pomyślał nawet, aby zaproponować przejście do innego pomieszczenia. Spędzał tutaj większość swojego czasu, tak było mu wygodniej.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated