29.06.2024, 11:31 ✶
– Naprawdę tak uważasz? Wydaje mi się, że zemsta nie zawsze bywa sprawiedliwa.
Chcąc się zemścić chciałaby ich dopaść, ukarać i zabić, powoli, w męczarniach najlepiej, nie oglądając się na potencjalne straty. Sprawiedliwość oznaczała dla niej usunięcie winnych, by nikogo już nie skrzywdzili – Azkaban albo… albo śmierć właśnie, jeżeli byłoby to konieczne. Czy było to dobre? Nie. Czy było sprawiedliwe? Owszem. Sprawiedliwość w końcu była ślepa.
Być może zemsta i sprawiedliwość splatały się tutaj faktycznie nieco nazbyt ściśle: i może Brenna bardzo łatwo mogła wejść na drogę, z której nie ma powrotu. Ale ktoś musiał to zrobić, inaczej będzie więcej ofiar, i więcej, bo naprawdę tylko głupcy sądzili, że zło pokona się miłością, biernym oporem i pokojem. Nie znała może historii szczególnie dobrze, ale w żadnej opowieści, jaka dotarła do jej uszu, tyran nie zostawał pokonany w pokojowy sposób.
Chcesz pokoju? Gotuj się do wojny.
– Mam jeszcze godzinę, więc możemy wpaść do pubu – zgodziła się, najpierw zerkając na zegarek, a potem ujmując Thomasa pod ramię. Nie było sensu tkwić dłużej na opustoszałym już cmentarzu, nad grobem człowieka, dla którego nic więcej nie mogli zrobić i którego w pewnym sensie zawiodła.
Musiała wkrótce pojawić się na dyżurze w Ministerstwie Magii, ale gdyby tego nie zaproponował, włóczyłaby się pewnie po prostu po Londynie, zrzucając z siebie melancholię, której ani myślała pokazywać w pracy. Albo poszłaby tam wcześniej, by zająć się papierami. Nie zamierzała może pić alkoholu, mogła jednak wznieść ten toast i piwem bezalkoholowym, a być może Thomas też potrzebował znaleźć się… po prostu gdzieś indziej.
Pomyślała mimowolnie, że obiecała Jasonowi, że kupi mu irlandzką whiskey, najdroższą, jaką znajdzie: jeszcze jedna obietnica, której nie miała okazji dotrzymać.
– Chodźmy – powiedziała po prostu, ruszając razem z Figgiem do wyjścia z cmentarza. – Jak pobyt w Londynie? Życie w klubokawiarni chyba jest bardzo inne niż do tej pory, co? – zagaiła po prostu, zwykłą rozmowę. Thomas w końcu kiedyś sporo podróżował, a nawet jeśli po rozpoczęciu wojny osiadł w Londynie, to od wiosny wspólne mieszkanie na zapleczu kawiarni i praca w tejże kawiarni dużo zmieniły.
Chcąc się zemścić chciałaby ich dopaść, ukarać i zabić, powoli, w męczarniach najlepiej, nie oglądając się na potencjalne straty. Sprawiedliwość oznaczała dla niej usunięcie winnych, by nikogo już nie skrzywdzili – Azkaban albo… albo śmierć właśnie, jeżeli byłoby to konieczne. Czy było to dobre? Nie. Czy było sprawiedliwe? Owszem. Sprawiedliwość w końcu była ślepa.
Być może zemsta i sprawiedliwość splatały się tutaj faktycznie nieco nazbyt ściśle: i może Brenna bardzo łatwo mogła wejść na drogę, z której nie ma powrotu. Ale ktoś musiał to zrobić, inaczej będzie więcej ofiar, i więcej, bo naprawdę tylko głupcy sądzili, że zło pokona się miłością, biernym oporem i pokojem. Nie znała może historii szczególnie dobrze, ale w żadnej opowieści, jaka dotarła do jej uszu, tyran nie zostawał pokonany w pokojowy sposób.
Chcesz pokoju? Gotuj się do wojny.
– Mam jeszcze godzinę, więc możemy wpaść do pubu – zgodziła się, najpierw zerkając na zegarek, a potem ujmując Thomasa pod ramię. Nie było sensu tkwić dłużej na opustoszałym już cmentarzu, nad grobem człowieka, dla którego nic więcej nie mogli zrobić i którego w pewnym sensie zawiodła.
Musiała wkrótce pojawić się na dyżurze w Ministerstwie Magii, ale gdyby tego nie zaproponował, włóczyłaby się pewnie po prostu po Londynie, zrzucając z siebie melancholię, której ani myślała pokazywać w pracy. Albo poszłaby tam wcześniej, by zająć się papierami. Nie zamierzała może pić alkoholu, mogła jednak wznieść ten toast i piwem bezalkoholowym, a być może Thomas też potrzebował znaleźć się… po prostu gdzieś indziej.
Pomyślała mimowolnie, że obiecała Jasonowi, że kupi mu irlandzką whiskey, najdroższą, jaką znajdzie: jeszcze jedna obietnica, której nie miała okazji dotrzymać.
– Chodźmy – powiedziała po prostu, ruszając razem z Figgiem do wyjścia z cmentarza. – Jak pobyt w Londynie? Życie w klubokawiarni chyba jest bardzo inne niż do tej pory, co? – zagaiła po prostu, zwykłą rozmowę. Thomas w końcu kiedyś sporo podróżował, a nawet jeśli po rozpoczęciu wojny osiadł w Londynie, to od wiosny wspólne mieszkanie na zapleczu kawiarni i praca w tejże kawiarni dużo zmieniły.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.