29.06.2024, 12:36 ✶
Alex:
Nie dałaby się bić, choć niejednokrotnie zastanawiała się podczas samotnych, głuchych nocy, czy nie wolałaby rękoczynów od tej śmiercionośnej ciszy. Podobno ból oznacza tyle, że się jeszcze żyje; kiedy Eden trwała w swojej nicości, kiedy z dnia na dzień przeobrażała się w uosobienie nihilizmu, nie czuła zupełnie niczego. Idąc za powyższą analogią, istniała niezła szansa na to, że mogła wcale już nie żyć. Co najwyżej mogła egzystować.
Parsknęła, kiedy zapytał o szacunek. W tle zabrzmiała nuta pogardy, rytmu nadawał ledwie słyszalny cynizm; prawie tak, jakby chciała powiedzieć nie rozśmieszaj mnie bez użycia słów.
Dorastała w środowisku, gdzie małżeńskim credo był pozorny szacunek. Kamieniem węgielnym udanego związku nie była miłość, raczej przeszkadzała, była przeciwnikiem logicznej współpracy. Liczyła się czysto biznesowa więź w imię celów wyższych, jasno wyznaczone granice, odgrywanie przypisanych ról. Biorąc ślub spodziewała się właśnie tego, ale z Williamem w parze nie miało prawa się to udać. On nie umiał się wpisywać w ramy społeczne, nie potrafił udawać kogoś, kim nie był. A Eden zgubiło to, że kiedyś tę autentyczność pokochała, co przysłoniło jej oczy i straciła z oczu cel. Straciła szacunek do samej siebie, a w efekcie on przestał szanować ją.
Niebywałe jak szybko węzeł małżeński może zamienić się w sznur na twojej szyi.
- Ciężko mi uwierzyć, że ze wszystkich osób akurat ty będziesz mi prawił moralitety o szacunku do kobiety - wymijająco odbiła piłeczkę, spoglądając na Alexandra z uniesioną brwią. Nie miała zamiaru mu odpowiadać wprost, bo ani nie miała ochoty na zwierzenia w takim miejscu i czasie, ani nie miała zamiaru się spowiadać akurat Mulciberowi. Nie była pewna, jak po tych wszystkich rundach zaćpania się na umór miewał się jego umysł, ale jak na mężczyznę zaskakująco często zdarzało mu się być w przeszłości bystrym. Jeśli zachował choć ćwierć mocy przerobowej tego orzeszka w czaszce, połączy kropki sprawnie.
Nie było o czym rozmawiać, bo małżeństwo było fikcją.
Alex, a propos Perseusa:
Uśmiechnęła się słodko, słysząc komplement płynący z ust Axela. Rzadko się zdarzało słyszeć od niego takie słowa bez podszycia ironii, bez lejącego się sarkazmu spomiędzy zaciśniętych w fałszywym uśmiechu zębów.
- Szkoda, że nie zaprosiłeś mnie na swoje wesele - oznajmiła z żalem w głosie, ściskając mocniej jego przedramię, gdy wspomniał o nazywaniu Percy'ego tatą. - Wtedy może taki zaszczyt przytrafiłby się tobie. - Uniosła twarz, patrząc na niego z buzią jak marzenie, z przelotną adoracją w pustych oczach. Tuż po tym przypadkowo nastąpiła mu obcasem na palce stopy. I wcisnęła piętę mocniej, kręcąc dobitnie. Tym razem już celowo.
- Wybacz, potknęłam się o coś głupiego - rzuciła, choć bez cienia skruchy. Rozejrzała się za bratem, chcąc szybko przeliczyć dystans Blacka od bliźniaka, ale z bólem musiała przyznać, że Alex miał rację. Percy zapomni o swoim nowo nabytym mianie w momencie, gdy tylko napotka jakąkolwiek inną osobę. Nie dajcie bogowie, jeszcze się przebudzi i zacznie płakać ze wstydu. Wolała się utopić w fontannie z czekoladą niż go za ten żart później przepraszać.
- Spróbowałby tylko, kuternoga - syknęła pod nosem, ale nie dodała nic więcej, bo nawet ją zapiekła w gardło ta hipokryzja. Przecież sama nie tak dawno miała podobne schorzenie, a i na dodatek ewentualne oskarżenie Blacka rozeszłoby się po prasie jak masło. Słynąca z mszczenia się starsza siostra jego byłej żony rujnuje mu wesele z nową wybranką? Niesłychane, trudne do uwierzenia. Musiała z bólem serca i refluksem przyznać, że Mulciber miał rację i powinni się stąd ulotnić.
Alex, Geraldine:
Kiedy nacięli się na znajomych, prawie przeklęła pod nosem, ale wczas połknęła własne słowa. Nie rozumiała, czemu Alexander zastygł w ruchu, przecież mogli przeprosić i mknąć dalej, nikt by się nawet nie oglądał za nimi, a od tyłu to by go nie poznali - ostatnim razem jak sprawdzała, nie miał na plecach kartki z napisem "czołowy czystokrwisty ćpun", co by go mogli bezbłędnie zidentyfikować. Co najwyżej wzięliby go za losowego typa ze skoliozą.
Kiedy zmieniła męża? Gdy usłyszała pytanie zaśmiała się anielsko, udając, że to świetny żart. Wcale jej nie bawił, ale lepiej się było śmiać niż płakać. Wpierw przez głowę przemknęło jej pytanie uzupełniające dla Yaxley, mianowicie: o którego ci chodzi? O tę męską wywłokę u mego boku, czy o aurora, który wolałby się przekręcić niż brylować w takim towarzystwie?, ale przecież nie powie tego na głos. Musiała utrzymać grę pozorów, w której najlepszą obroną był atak poprzez odwrócenie kota ogonem.
- Och, Geraldine! - Pozornie szczery uśmiech; choć cieszyła się na jej widok, nie mogła powiedzieć tego o jej pytaniu. - Oj, chciałoby się czasem, naprawdę, chciałoby się takiego wymienić, ale niestety, to przecież nadal stary, dobry, poczciwy William. Prawda, skarbie? - Zagaiła do przyszywanego małżonka u boku, próbując zajrzeć od dołu na jego twarz, znaleźć ją pomiędzy włosami opadającymi nań, żeby jednym spojrzeniem w połączeniu z głupią miną dać mu znać, że marny z niego aktor i na domiar złego jeszcze melepeta.
- A co tam u twojego braciszka, znaleźliście już go? - Zaświergotała słodko, unosząc wzrok z powrotem na Geraldine, nawet nie siląc się na fałszywe zmartwienie. Jedynie spojrzała prosto w oczy Gerry, dając jej jasno znać, że jeśli ona zaczyna niewygodne tematy, to Eden chętnie odpłaci się pięknym za nadobne. - Thoran, prawda? Pytam, bo jestem ciekawa, kiedy ktoś zrekompensuje mi straty związanie z mieszkaniem, które doszczętnie zdewastował. - Wzruszyła ramionami, jakby to była drobnostka, jakby wcale nie trzymała urazy. I prawdę mówiąc, dalekie od prawdy to nie było. Ubezpieczała się od takich wypadków, poza tym jedna melina w niskim standardzie w tę, czy we w tę, nie robiła jej różnicy. Przecież nie będzie przez jej stratę chodziła głodna. Po prostu liczyła, że Yaxley szybko porzuci temat nowo nabytego męża, bo wtedy i ona będzie mogła zapomnieć o Thoranie.
Nie dałaby się bić, choć niejednokrotnie zastanawiała się podczas samotnych, głuchych nocy, czy nie wolałaby rękoczynów od tej śmiercionośnej ciszy. Podobno ból oznacza tyle, że się jeszcze żyje; kiedy Eden trwała w swojej nicości, kiedy z dnia na dzień przeobrażała się w uosobienie nihilizmu, nie czuła zupełnie niczego. Idąc za powyższą analogią, istniała niezła szansa na to, że mogła wcale już nie żyć. Co najwyżej mogła egzystować.
Parsknęła, kiedy zapytał o szacunek. W tle zabrzmiała nuta pogardy, rytmu nadawał ledwie słyszalny cynizm; prawie tak, jakby chciała powiedzieć nie rozśmieszaj mnie bez użycia słów.
Dorastała w środowisku, gdzie małżeńskim credo był pozorny szacunek. Kamieniem węgielnym udanego związku nie była miłość, raczej przeszkadzała, była przeciwnikiem logicznej współpracy. Liczyła się czysto biznesowa więź w imię celów wyższych, jasno wyznaczone granice, odgrywanie przypisanych ról. Biorąc ślub spodziewała się właśnie tego, ale z Williamem w parze nie miało prawa się to udać. On nie umiał się wpisywać w ramy społeczne, nie potrafił udawać kogoś, kim nie był. A Eden zgubiło to, że kiedyś tę autentyczność pokochała, co przysłoniło jej oczy i straciła z oczu cel. Straciła szacunek do samej siebie, a w efekcie on przestał szanować ją.
Niebywałe jak szybko węzeł małżeński może zamienić się w sznur na twojej szyi.
- Ciężko mi uwierzyć, że ze wszystkich osób akurat ty będziesz mi prawił moralitety o szacunku do kobiety - wymijająco odbiła piłeczkę, spoglądając na Alexandra z uniesioną brwią. Nie miała zamiaru mu odpowiadać wprost, bo ani nie miała ochoty na zwierzenia w takim miejscu i czasie, ani nie miała zamiaru się spowiadać akurat Mulciberowi. Nie była pewna, jak po tych wszystkich rundach zaćpania się na umór miewał się jego umysł, ale jak na mężczyznę zaskakująco często zdarzało mu się być w przeszłości bystrym. Jeśli zachował choć ćwierć mocy przerobowej tego orzeszka w czaszce, połączy kropki sprawnie.
Nie było o czym rozmawiać, bo małżeństwo było fikcją.
Alex, a propos Perseusa:
Uśmiechnęła się słodko, słysząc komplement płynący z ust Axela. Rzadko się zdarzało słyszeć od niego takie słowa bez podszycia ironii, bez lejącego się sarkazmu spomiędzy zaciśniętych w fałszywym uśmiechu zębów.
- Szkoda, że nie zaprosiłeś mnie na swoje wesele - oznajmiła z żalem w głosie, ściskając mocniej jego przedramię, gdy wspomniał o nazywaniu Percy'ego tatą. - Wtedy może taki zaszczyt przytrafiłby się tobie. - Uniosła twarz, patrząc na niego z buzią jak marzenie, z przelotną adoracją w pustych oczach. Tuż po tym przypadkowo nastąpiła mu obcasem na palce stopy. I wcisnęła piętę mocniej, kręcąc dobitnie. Tym razem już celowo.
- Wybacz, potknęłam się o coś głupiego - rzuciła, choć bez cienia skruchy. Rozejrzała się za bratem, chcąc szybko przeliczyć dystans Blacka od bliźniaka, ale z bólem musiała przyznać, że Alex miał rację. Percy zapomni o swoim nowo nabytym mianie w momencie, gdy tylko napotka jakąkolwiek inną osobę. Nie dajcie bogowie, jeszcze się przebudzi i zacznie płakać ze wstydu. Wolała się utopić w fontannie z czekoladą niż go za ten żart później przepraszać.
- Spróbowałby tylko, kuternoga - syknęła pod nosem, ale nie dodała nic więcej, bo nawet ją zapiekła w gardło ta hipokryzja. Przecież sama nie tak dawno miała podobne schorzenie, a i na dodatek ewentualne oskarżenie Blacka rozeszłoby się po prasie jak masło. Słynąca z mszczenia się starsza siostra jego byłej żony rujnuje mu wesele z nową wybranką? Niesłychane, trudne do uwierzenia. Musiała z bólem serca i refluksem przyznać, że Mulciber miał rację i powinni się stąd ulotnić.
Alex, Geraldine:
Kiedy nacięli się na znajomych, prawie przeklęła pod nosem, ale wczas połknęła własne słowa. Nie rozumiała, czemu Alexander zastygł w ruchu, przecież mogli przeprosić i mknąć dalej, nikt by się nawet nie oglądał za nimi, a od tyłu to by go nie poznali - ostatnim razem jak sprawdzała, nie miał na plecach kartki z napisem "czołowy czystokrwisty ćpun", co by go mogli bezbłędnie zidentyfikować. Co najwyżej wzięliby go za losowego typa ze skoliozą.
Kiedy zmieniła męża? Gdy usłyszała pytanie zaśmiała się anielsko, udając, że to świetny żart. Wcale jej nie bawił, ale lepiej się było śmiać niż płakać. Wpierw przez głowę przemknęło jej pytanie uzupełniające dla Yaxley, mianowicie: o którego ci chodzi? O tę męską wywłokę u mego boku, czy o aurora, który wolałby się przekręcić niż brylować w takim towarzystwie?, ale przecież nie powie tego na głos. Musiała utrzymać grę pozorów, w której najlepszą obroną był atak poprzez odwrócenie kota ogonem.
- Och, Geraldine! - Pozornie szczery uśmiech; choć cieszyła się na jej widok, nie mogła powiedzieć tego o jej pytaniu. - Oj, chciałoby się czasem, naprawdę, chciałoby się takiego wymienić, ale niestety, to przecież nadal stary, dobry, poczciwy William. Prawda, skarbie? - Zagaiła do przyszywanego małżonka u boku, próbując zajrzeć od dołu na jego twarz, znaleźć ją pomiędzy włosami opadającymi nań, żeby jednym spojrzeniem w połączeniu z głupią miną dać mu znać, że marny z niego aktor i na domiar złego jeszcze melepeta.
- A co tam u twojego braciszka, znaleźliście już go? - Zaświergotała słodko, unosząc wzrok z powrotem na Geraldine, nawet nie siląc się na fałszywe zmartwienie. Jedynie spojrzała prosto w oczy Gerry, dając jej jasno znać, że jeśli ona zaczyna niewygodne tematy, to Eden chętnie odpłaci się pięknym za nadobne. - Thoran, prawda? Pytam, bo jestem ciekawa, kiedy ktoś zrekompensuje mi straty związanie z mieszkaniem, które doszczętnie zdewastował. - Wzruszyła ramionami, jakby to była drobnostka, jakby wcale nie trzymała urazy. I prawdę mówiąc, dalekie od prawdy to nie było. Ubezpieczała się od takich wypadków, poza tym jedna melina w niskim standardzie w tę, czy we w tę, nie robiła jej różnicy. Przecież nie będzie przez jej stratę chodziła głodna. Po prostu liczyła, że Yaxley szybko porzuci temat nowo nabytego męża, bo wtedy i ona będzie mogła zapomnieć o Thoranie.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~