Problem Caina był taki, że przywykł do robienia wszystkiego sam.
Ludzie wokół mogli ci pomóc, mogłeś na nich liczyć, ale kiedy przychodziło co do czego - robił to sam. Sam ustawiał reguły gry, sam pisał sobie scenariusz z zakończeniami, sam wybierał ścieżkę. Pomożesz? Bardzo dobrze, masz, tu jest twoja rola. Pasujesz do niej, przecież została ci przewidziana. Nie chcesz? Na pewno jest coś, co sprawi, że zachcesz... Czasem było mu szkoda, ale śpiewka kończyła się tym samym: było warto. Poświęcił coś, zyskał nieco więcej, podejmował wykalkulowane ryzyko. Gdzie w tym wszystkim było miejsce na emocje? Było na nie miejsce wszędzie - przed, w trakcie, po zakończeniu wątku. Wiedział, że będzie mu przykro, ale żałować? Naprawdę żałować, kiedy był świadom ryzyka i emocji, które uderzą po fakcie? Z Flynnem wszystko było inaczej, bo ten zwracający swoim wyglądem uwagę gnojek doskonale wiedział, jak sobie go okręcić wokół palca. I Cain przestawał myśleć. Nie zastanawiał się nad tym, co byłoby najlepsze, czego naprawdę potrzebował, czy będzie zadowolony czy może nie, czy to warte, albo i nie? Nie pytał Flynna, co sądzi o tej sprawie i nie pytał go, czy mu pomoże. Nie prosił go o to, żeby był jego wsparciem. Przecież będzie, prawda? Miał coś, czego Flynn chciał najbardziej na tym świecie - to była jego tarcza i to była jego broń, a... no tak. To była jego największa słabość. Każdy celowałby w piętę Achillesa, gdyby wiedział o jego istnieniu. Dziki Gon rzuci się za nimi w pogoń jak szalony, kiedy tylko świat zobaczy i świat usłyszy. Jak to dumnie i pod wpływem emocji obwieścił: będzie zazdrosny. Ten wielki świat stanie się zazdrosny o ich miłość. Przy Flynnie potrafił żałować swoich decyzji. Musiał się nauczyć nad nimi lepiej panować, ale pewnie wystarczy czas? Jak wszystkie emocje, tak i te w końcu wystygną. One zawsze stygły - widział to u każdej pary, a przecież tyle umysłów i tyle ludzi stawało przed nim otworem... Huh? Za daleko musiał odlatywać tymi myślami, zamiast skupić się na tym, co było tu i teraz.
- Właśnie. - Nie ukrył tego, że się sztucznie naprostował, że poprawił kamizelkę, że miał nietęgą minę, kiedy przywołana została magia i wyprzedzanie. Portal. Jak ja nienawidzę portali... Wygoda jednak przeważała nad wszystkim. Szczególnie, że byli z czasem do tyłu. To spięcie i napięcie trwałoby dłużej, gdyby nie słodka odpowiedź. Jak wiele można zapomnieć, kiedy wszystkie twoje zmysły kumulują się wokół twarzy jedynej osoby, przy której pozwalałeś sobie na to... na to wszystko. I chciałeś go prosić o jeszcze więcej, bo ewidentnie "wszystko" to zawsze było za mało.
Odpowiedź od razu nie padła. Cain zatrzymał się po drugiej stronie portalu... albo i nie zatrzymał, jeśli Flynn go pociągnął, żeby szli dalej. Przez chwilę działał na autopilocie i na wyłączeniu, mając dziwną minę, nieobecne spojrzenie, kiedy sam ze sobą godził się, że ten portal został użyty, że go od razu mdliło i że piękne wspomnienia przelatywały mu przed oczami tylko popędzając ten dyskomfort. Potrzebował więc chwili - jak to on - zanim wrócił do ludzi funkcjonujących w tej rzeczywistości.
- Uuuch... - Rozejrzał się po zielonej dolinie, która rozciągała się przed nimi. - Już jestem, jestem... - Zameldował, żeby Flynn się nie musiał zastanawiać, czy maszyna w postaci mózgu Caina już działała, czy nadal się wysypywała i wracała do normy. Uważał to za absolutnie kochane i troskliwe z jego strony, że zawsze dawał mu czas i przestrzeń do tego, żeby się pozbierał. I zawsze przy tym czuł się... bezpiecznie. Czuł, że Flynn dawał mu w tym komfort i bezpieczeństwo tego, żeby nie musiał panikować i zmuszać się do ogarniania na siłę. Bo przecież... przy nim nic złego nie mogło się wydarzyć.
Zielony las szumiał zachęcająco, a chłodny powiew wiatru z pobliskich gór przecinał wręcz różnicą temperatur względem miasta. Czy określiłby to miejsce, kiedy zaczął się rozglądać, jako idealne miejsce dla smoka? Gdzieś chyba niedaleko musiał być chyba jakiś wodospad - huk rozbijającej się wody o skały był bardzo odległy, ale dla jego czułych zmysłów słyszalny. Zmieszane ich obecnością sarny umknęły z usłanej makami i jaskrami polany do cieni lasu, albo wręcz starego boru. Jak daleko byli od wioski, z której została zabrana dwójka chłopców, o których mówił Flynn? Miejsce zdawało się rajem... jakże doskonałym do osiedlenia rajem. Może to o to chodziło? Może chcieli tu coś budować, ale smok nie pozwolił? Chciałby przestać zadawać pytania, na które nie znajdzie odpowiedzi, ale to nie leżało w jego naturze, kiedy chciał się czegoś dowiedzieć i kiedy możliwości były tak wielką i szeroką płachtą.
- Daleko od wioski, z której zabrano chłopców, jesteśmy?