16.01.2023, 14:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2023, 21:51 przez Morgana le Fay.)
Ten wiosenny dzień, jak wiele przed nim Joseph zamierzał spędzić w prowadzonej przez siebie klinice. Nie bez powodu wybrał na swoje miejsce pracy Little Hangleton. Miał zarówno blisko do rodowej posiadłości oraz do muzeum pełnego makabrycznych osobliwości zwanego Mauzoleum. To po pierwsze. Po drugie mała mieścina powinna mu zagwarantować stałych pacjentów i tym samym stałe dochody. I zapewniła, to też nie musiał obejmować posady na pełny etat w prowadzonym przez jego rodzinę muzeum, pozostając przy pracy w tym miejscu na ćwierć etatu. Stałe dochody były dla niego ważne. Pomijając to, że nie opowiadał się za żadną ze stron, z tego względu nie pytał swoich pacjentów o pochodzenie.
Prowadzenie kliniki w tej wiosce miało też wady. Ze szczurami sobie poradził, jednak niejako sen z powiek spędzali mu zarówno niewygodni sąsiedzi i przestępstwa dokonywane przez czarnoksiężników. Ci ostatni potrafili być naprawdę nieobliczalni. Zmagał się z nimi od pięciu lat. O tym przyszło mu się przekonać po raz kolejny, gdy do środka wkroczyła zamaskowana kobieta, uprzednio niszcząc drzwi wejściowe. A za równie zamaskowane postacie. Na domiar tego zaatakowała bogom ducha winną recepcjonistkę, która z pełnym przerażenia krzykiem zawisła w powietrzu do góry nogami. To wszystko sprawiło, że pojawił się samemu za ladą, odziany w zielonkawą szatę roboczą, chroniącą noszone pod nią ubrania przed zabrudzeniem. To przecież było częste w tej pracy. Nie tylko leczył pacjentów, ale również warzył rozmaite eliksiry.
Stojący przed recepcją ludzie niewątpliwie byli tymi, którzy byli odpowiedzialni za wiele ataków w magicznym Londynie. Wszystkie ich dotychczasowe dokonania zagwarantowały im stałe miejsce na łamach Proroka Codziennego oraz uwagę Ministerstwa Magii, które próbowało ich ująć. Joseph doskonale zdawał sobie z tego sprawę, że nie jest mistrzem pojedynków i że tamci czarodzieje mają przewagę liczebną. Ich obecność nie była mu na rękę. Zniszczyli drzwi wyjściowe, zaatakowali zatrudnioną przez niego recepcjonistkę i z pewnością na tym nie poprzestaną. Mogli również i go zaatakować albo jego pacjentów, szkodząc najbardziej jego interesowi. To było niedopuszczalne pod tym względem.
— Prowadzona przeze mnie klinika jest ogólnodostępna, wolę jak osoby przekraczające jej próg wchodzą przez drzwi zamiast razem z drzwiami. Czy byłaby pani tak uprzejma i odstawiła panią Ainsworth na ziemię? Tylko delikatnie, jeśli łaska — Zwrócił się do zamaskowanej czarownicy poważnym, zdawać by się mogło się uprzejmym tonem. Nie brakowało w nim dobrze słyszalnej stanowczości. Wisząca w powietrzu kobieta była doświadczoną i cenioną przez niego pracownicą. Takiej to ze świecą szukać. Zapewne ta zamaskowana czarownica nie spodziewała się czegoś takiego usłyszeć z jego ust. To był przypływ odwagi albo jawna głupota z jego strony, ale to było słuszne i konieczne z tak wielu względów.
Słowa: 425
Prowadzenie kliniki w tej wiosce miało też wady. Ze szczurami sobie poradził, jednak niejako sen z powiek spędzali mu zarówno niewygodni sąsiedzi i przestępstwa dokonywane przez czarnoksiężników. Ci ostatni potrafili być naprawdę nieobliczalni. Zmagał się z nimi od pięciu lat. O tym przyszło mu się przekonać po raz kolejny, gdy do środka wkroczyła zamaskowana kobieta, uprzednio niszcząc drzwi wejściowe. A za równie zamaskowane postacie. Na domiar tego zaatakowała bogom ducha winną recepcjonistkę, która z pełnym przerażenia krzykiem zawisła w powietrzu do góry nogami. To wszystko sprawiło, że pojawił się samemu za ladą, odziany w zielonkawą szatę roboczą, chroniącą noszone pod nią ubrania przed zabrudzeniem. To przecież było częste w tej pracy. Nie tylko leczył pacjentów, ale również warzył rozmaite eliksiry.
Stojący przed recepcją ludzie niewątpliwie byli tymi, którzy byli odpowiedzialni za wiele ataków w magicznym Londynie. Wszystkie ich dotychczasowe dokonania zagwarantowały im stałe miejsce na łamach Proroka Codziennego oraz uwagę Ministerstwa Magii, które próbowało ich ująć. Joseph doskonale zdawał sobie z tego sprawę, że nie jest mistrzem pojedynków i że tamci czarodzieje mają przewagę liczebną. Ich obecność nie była mu na rękę. Zniszczyli drzwi wyjściowe, zaatakowali zatrudnioną przez niego recepcjonistkę i z pewnością na tym nie poprzestaną. Mogli również i go zaatakować albo jego pacjentów, szkodząc najbardziej jego interesowi. To było niedopuszczalne pod tym względem.
— Prowadzona przeze mnie klinika jest ogólnodostępna, wolę jak osoby przekraczające jej próg wchodzą przez drzwi zamiast razem z drzwiami. Czy byłaby pani tak uprzejma i odstawiła panią Ainsworth na ziemię? Tylko delikatnie, jeśli łaska — Zwrócił się do zamaskowanej czarownicy poważnym, zdawać by się mogło się uprzejmym tonem. Nie brakowało w nim dobrze słyszalnej stanowczości. Wisząca w powietrzu kobieta była doświadczoną i cenioną przez niego pracownicą. Takiej to ze świecą szukać. Zapewne ta zamaskowana czarownica nie spodziewała się czegoś takiego usłyszeć z jego ust. To był przypływ odwagi albo jawna głupota z jego strony, ale to było słuszne i konieczne z tak wielu względów.
Słowa: 425