30.06.2024, 10:55 ✶
Kawał drogi.
Ale to była kolejna rzecz cechująca smoki, prawda? Szukały miejsc z dala od siedzib ludzkich, bo ludzi nie lubiły. Zresztą, był magiem wystarczająco długo, aby wiedzieć, jak wiele magicznych specyfików wymagało smoczych składników właśnie - spodziewał się, że Fontaine była w tym o wiele bardziej interesowna niż mówiła, a truchło smoka, poza głową oczekiwaną przez króla, zechce zachować dla siebie z tych właśnie względów. W świetle tego spodziewałby się po tej istocie poszukania miejsca na leże jeszcze dalej, tak aby nie musieć żerować na krowach z pastwisk, tylko na dzikiej zwierzynie, po której nikt nie płacze i nie chce się mścić, nawet w obrębie swojej wyobraźni.
Ale nie smok interesował go teraz najbardziej. To ta zgoda, w ciemno, zanim wyjaśnił swój tok myślenia i zdradził detale ukrytego w tym szaleństwa. Oh tak, on wierzył w moc swoich obliczeń, ale jednocześnie przywykł już do tego, że innym osobom niekoniecznie przypadały do gustu. Takich ludzi jak on chciano mieć blisko, żeby korzystać z ich pomysłów, niekoniecznie jednak wierzono w nie bezwarunkowo i wcielano je w życie, podświadomie więc przyjmował pozycję obronną jeszcze zanim rozpoczęła się jakaś głębsza rozmowa na ten temat. Miał już więc z tyłu głowy ze dwadzieścia zapewnień, że najgorsze co ich czekało to siniaki, a tak w ogóle to kiedyś zleciał w dół takiej przepaści i przeżył, miał tylko połamane dwa żebra (chociaż przy Cainie pewnie nie udałoby mu się nie przyznać do tego, że jedno z nich omal nie przebiło mu płuca), a tu... Zgoda. Tak po prostu. Nabrał powietrza, zastanawiając się nad czymś głęboko.
- W sensie, że wystrzelę nas w górę - dodał mimo wszystko, tak na wszelki wypadek. Fontaine przecież w życiu by się na to nie zgodziła, a gdyby nie miała wyjścia, to wystrzeliłaby tam najpierw ze dwóch rębaczy. Na końcu obraziłaby się i kazałaby mu wymyślić inny sposób, a on zacząłby rwać sobie włosy z głowy i...
Portal zgasł, świszczenie magii permanentnie ucichło. Nie było już powrotu - przypieczętował swoją przyszłość otwierając to przejście, a teraz stał tutaj, zmieszany i kompletnie zbity z każdego tropu, na jaki wpadł. To był piękny dzień i znajdowali się w pięknej okolicy. Takiej sprawiającej, że chętnie rozłożyłby na trawie koc i tu został. Serce mu waliło jak młotem i zastanawiał się trochę, czy to było w ogóle możliwe, żeby się od jego bliskości czuł jak młódka ledwo co przyjęta do Aretuzy. Tak naprawdę to wcale nie musieli tam iść, mogli zapomnieć o całym zajściu, mógł otworzyć ten portal i przenieść ich na wybrzeże, gdzie wylegiwaliby się na piasku w pełnym słońcu. Skąd w ogóle brała się w nim tak silna potrzeba ratowania ludzi, co go nawet nie znali?
- Czyli nie wierzysz w to, aby ten smok miał być złoty. - Podsumował ich wcześniejszą rozmowę. On niby tworzył pozory tego, jakby tę opinię podzielał, ale poruszając ten temat któryś już z rzędu raz, niejako zdradzał się w tym, jak dobrze ta koncepcja rozłożyła się w jego głowie. Odczekał swoje, aż Wiedźmin chciał ruszyć we wskazanym kierunku, ale nim opuścili ten zagajnik, pocałował go jeszcze w policzek. Zamierzał korzystać z tego momentu, skoro zaraz przeznaczenie mogło wyrwać mu go spomiędzy palców. - Boję się - przyznał nagle. - Nie podróży, tylko tego co nas tam czeka. - Dobrze, niech go nazywają paranoikiem, ale naprawdę widział tam ich rychły koniec. Zabawne, bo gdyby wybierał się tam sam, w ogóle by się nad tym nie zastanawiał.
Ale to była kolejna rzecz cechująca smoki, prawda? Szukały miejsc z dala od siedzib ludzkich, bo ludzi nie lubiły. Zresztą, był magiem wystarczająco długo, aby wiedzieć, jak wiele magicznych specyfików wymagało smoczych składników właśnie - spodziewał się, że Fontaine była w tym o wiele bardziej interesowna niż mówiła, a truchło smoka, poza głową oczekiwaną przez króla, zechce zachować dla siebie z tych właśnie względów. W świetle tego spodziewałby się po tej istocie poszukania miejsca na leże jeszcze dalej, tak aby nie musieć żerować na krowach z pastwisk, tylko na dzikiej zwierzynie, po której nikt nie płacze i nie chce się mścić, nawet w obrębie swojej wyobraźni.
Ale nie smok interesował go teraz najbardziej. To ta zgoda, w ciemno, zanim wyjaśnił swój tok myślenia i zdradził detale ukrytego w tym szaleństwa. Oh tak, on wierzył w moc swoich obliczeń, ale jednocześnie przywykł już do tego, że innym osobom niekoniecznie przypadały do gustu. Takich ludzi jak on chciano mieć blisko, żeby korzystać z ich pomysłów, niekoniecznie jednak wierzono w nie bezwarunkowo i wcielano je w życie, podświadomie więc przyjmował pozycję obronną jeszcze zanim rozpoczęła się jakaś głębsza rozmowa na ten temat. Miał już więc z tyłu głowy ze dwadzieścia zapewnień, że najgorsze co ich czekało to siniaki, a tak w ogóle to kiedyś zleciał w dół takiej przepaści i przeżył, miał tylko połamane dwa żebra (chociaż przy Cainie pewnie nie udałoby mu się nie przyznać do tego, że jedno z nich omal nie przebiło mu płuca), a tu... Zgoda. Tak po prostu. Nabrał powietrza, zastanawiając się nad czymś głęboko.
- W sensie, że wystrzelę nas w górę - dodał mimo wszystko, tak na wszelki wypadek. Fontaine przecież w życiu by się na to nie zgodziła, a gdyby nie miała wyjścia, to wystrzeliłaby tam najpierw ze dwóch rębaczy. Na końcu obraziłaby się i kazałaby mu wymyślić inny sposób, a on zacząłby rwać sobie włosy z głowy i...
Portal zgasł, świszczenie magii permanentnie ucichło. Nie było już powrotu - przypieczętował swoją przyszłość otwierając to przejście, a teraz stał tutaj, zmieszany i kompletnie zbity z każdego tropu, na jaki wpadł. To był piękny dzień i znajdowali się w pięknej okolicy. Takiej sprawiającej, że chętnie rozłożyłby na trawie koc i tu został. Serce mu waliło jak młotem i zastanawiał się trochę, czy to było w ogóle możliwe, żeby się od jego bliskości czuł jak młódka ledwo co przyjęta do Aretuzy. Tak naprawdę to wcale nie musieli tam iść, mogli zapomnieć o całym zajściu, mógł otworzyć ten portal i przenieść ich na wybrzeże, gdzie wylegiwaliby się na piasku w pełnym słońcu. Skąd w ogóle brała się w nim tak silna potrzeba ratowania ludzi, co go nawet nie znali?
- Czyli nie wierzysz w to, aby ten smok miał być złoty. - Podsumował ich wcześniejszą rozmowę. On niby tworzył pozory tego, jakby tę opinię podzielał, ale poruszając ten temat któryś już z rzędu raz, niejako zdradzał się w tym, jak dobrze ta koncepcja rozłożyła się w jego głowie. Odczekał swoje, aż Wiedźmin chciał ruszyć we wskazanym kierunku, ale nim opuścili ten zagajnik, pocałował go jeszcze w policzek. Zamierzał korzystać z tego momentu, skoro zaraz przeznaczenie mogło wyrwać mu go spomiędzy palców. - Boję się - przyznał nagle. - Nie podróży, tylko tego co nas tam czeka. - Dobrze, niech go nazywają paranoikiem, ale naprawdę widział tam ich rychły koniec. Zabawne, bo gdyby wybierał się tam sam, w ogóle by się nad tym nie zastanawiał.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.