Nie miał absolutnie żadnej wątpliwości, czego mogłaby chcieć taka Fontaine od bestii. Nie dziwiło go też, że smoki i ludzie byli swoimi naturalnymi wrogami - człowiek eksploatował ziemię, jej naturalne zasoby, wciskał się wszędzie, zagarniał wszystko dla siebie. Nie było na ziemi i niebiosach potężniejszego drapieżnika od smoka, a przynajmniej Cainowi nic nie przychodziło do głowy. Te unikające ludzkich osiedli stworzenia żyły swoim życiem - nie były zainteresowane człowiekiem. Człowiek był jednak zainteresowany nimi. Nimi i tymi zielonymi rajami, w których żyli. Więc co jakiś czas wybuchała wojna. Jak z człowiekiem - niektóre ze smoków stawały się wręcz szalone, ponoć i były takie, które przeprowadzały swoją własną krucjatę z zemsty, z poczucia obowiązków, z... czegokolwiek. Bywały głupie stworzenia, które kierowały się instynktem i bywały te niezwykle mądre. Ponad tym były smoki złote.
Obserwował to chwilowe napięcie, które zeszło z niego gładko i z zaskoczeniem. Ten człowiek miał w sobie tyle niepewności, tak bardzo zaniżał swoją własną wartość, ciągle nastawiony na odtrącenie, ciągle przekonany, że zostanie odepchnięty, a jego idee uznane za... za co, za głupie? Nic nie warte? Wytknięty palcem i wyśmiany - nikt nie chciał tego doświadczać.
- ... w porządku. - Odpowiedział wolniej, z rozmysłem, zastanawiając się nad tym, co słyszy. I niekoniecznie sobie to wyobrażał. Wystrzelenie w powietrze... i co dalej? Czy powinien zadać to pytanie? Tak, powinien, zdecydowanie powinien. Biorąc pod uwagę impulsywność Flynna... ale nawet biorąc to pod uwagę to kiedy chciał i mu zależało potrafił bardzo ładnie wszystko rozplanować. Jego głowa potrafiła być tablicą z wszystkimi zależnościami fizyki tego świata. Och, zgoda, może nie wszystkimi... bo część zastępowała magia, która pozwalała tej fizyce przeciwdziałać. - Opisz mi to dokładniej. - Zachęcił go, ale jeśli Fleamont próbowałby się dopatrzeć w tym niepewności, albo znaku, że zaraz się wycofa to tego nie było. Było klasyczne zastanowienie na jego twarzy i ciekawość. Sam sobie tego nie wyobrażał - więc chciał zobaczyć to oczami swojego towarzysza.
- Złoty smok to jak biały kruk - istnieją, ale gdzie takiego spotkać? I to tak blisko siedliska ludzi? - Nie to, żeby to nie było niemożliwe, wiele rzeczy wydaje się niemożliwych, a ma miejsce i się dzieje. - Czemu do tego wracasz? - Może dlatego, że wczorajsza rozmowa była ciągle przeplatana wszelkimi innymi... doznaniami. Od zupełnego gniewu po zupełne rozpalenie. Obu było do siebie blisko. Spojrzał na niego, kiedy usłyszał, że się boi. Flynn... za często się bał. Przyszłość musiała być dla niego wyjątkowo czarną plamą. Cain też się tego bał, ale nie dlatego, że bał się własnej śmierci. Bał się tego, że nadzieja umrze przed nim. - Flynn. - Uśmiechnął się do niego ciepło. - Jestem z tobą, jestem twój i obronię cię nawet przed samym królem, jeśli będzie taka potrzeba. - I to była szczera prawda. - A smoki... smok potrafi obronić się sam. Czasem wystarczy nic nie robić i nie wchodzić smoczym płomieniom w drogę. - Jasne, że to nie było aż takie kolorowe, szczególnie, kiedy taka śmietanka towarzyska zamierzała się zebrać. - Liczę na to, że wykurzymy smoka, zanim zleci się bydło po jego łeb.