30.06.2024, 15:55 ✶
Obserwował go bardzo uważnie. Tak uważnie, jak dziecko obserwowało rodzica, od którego oczekiwało aprobaty lub skarcenia za swoje działania. On, ten sam człowiek, który zawsze ględził, jak to nie cierpiał innych ludzi i kompletnie nie obchodzi go ich zdanie, nagle potrzebował tych zapewnień, tego uściśnięcia ręki, tego buziaka w czoło kojącego wszystkie zbierające się w nim nerwy. Stres jak zawsze przeradzał się w coś więcej - szereg obaw dotyczących każdej z szeregu możliwych kontynuacji tej opowieści.
- Jeżeli uwolnisz bardzo dużo energii w jednym miejscu w krótkim czasie, jej siła odepchnie nas z tego miejsca szybciej niż gdyby wystrzelili nas z trebuszu. - Odpowiedział, darując sobie szczegółowe opisy, chciał mu zadziałać na wyobraźnię. Nie odnalazł w jego spojrzeniu znamion niechęci i przerażenia, uspokoił się więc nieco, ale tylko w tym temacie. To była nowość, przecież nikt inny mu ot tak nie ufał, jemu ufali wariaci, desperaci, ludzie niemający nic do stracenia, albo ci... których do tego zmusił!
Słońce wiszące nad nimi skryło się za zasłoną chmur. Podziękował za to naturze w myślach, bo o ile niezależnie od pogody i tak ubierałby się na czarno, na próżno było udawać, że wysokie temperatury nie robiły na nim żadnego wrażenia.
- Bo brałem to za legendy opowiadane świeżym uczennicom Aretuzy - rzucił po dłuższym zastanowieniu czy na pewno chciał się do tego przyznawać. Ostatecznie uznał to za całkiem niezłą rozgrzewkę przed tym, co przyjdzie mu wyrzucić z siebie za chwilę. Zaczesał część tych swoich kruczych kudłów za ucho, spoglądając na niego z dołu i jednocześnie łapał się za brzuch, bo na jego słowa ciało zareagowało mu wpuszczeniem stada trzepoczących skrzydłami wróbli prosto do żołądka, ale... Heh, no właśnie, on zawsze znalazł sobie jakieś ale, jeżeli naprawdę mocno tego chciał. Dzisiaj nie było inaczej. - Kocham cię - powiedział nagle, zatrzymując się wpół kroku. Przygryzł dolną wargę. - Czuję się przy tobie jak ten moment pomiędzy uderzeniem pioruna i drzewo i tym jak spróchniałe drewno zajmuje się ogniem. - Nie wiedział, dlaczego tego typu słowa nie pasowały mu do jego własnych warg. Jakby przesądził z poetyckością, ale przecież tak nauczono go mówić w szkole magicznej. Nie, nie będzie się teraz nad tym zastanawiał. - Kocham cię Cain i chcę, żebyś pamiętał o tym i o tym, że jeżeli teraz albo kiedykolwiek wpadniesz na jakiś wspaniały pomysł, jak poświęcenie się w imię chuj wie czego, to zostanę na tym świecie sam. - Zupełnie jakby on na takie rzeczy nie wpadał, co? Miał wrażenie, że mimo używania słów kocham cię z nieprzystojącą im lekkością, akurat Cainowi mówił to bardzo rzadko, może nawet nigdy, a jemu przecież powinien zwierzać się z tego najczęściej. Z czego to wynikało? Braku potrzeby stałych zapewnień? Jednocześnie samemu ich oczekując... Teraz kiedy to powiedział i tak brzmiało to inaczej, niż kiedy mydlił innym oczy. Trochę jakby pierwszy raz miał na myśli to, co powiedział.
- Jeżeli uwolnisz bardzo dużo energii w jednym miejscu w krótkim czasie, jej siła odepchnie nas z tego miejsca szybciej niż gdyby wystrzelili nas z trebuszu. - Odpowiedział, darując sobie szczegółowe opisy, chciał mu zadziałać na wyobraźnię. Nie odnalazł w jego spojrzeniu znamion niechęci i przerażenia, uspokoił się więc nieco, ale tylko w tym temacie. To była nowość, przecież nikt inny mu ot tak nie ufał, jemu ufali wariaci, desperaci, ludzie niemający nic do stracenia, albo ci... których do tego zmusił!
Słońce wiszące nad nimi skryło się za zasłoną chmur. Podziękował za to naturze w myślach, bo o ile niezależnie od pogody i tak ubierałby się na czarno, na próżno było udawać, że wysokie temperatury nie robiły na nim żadnego wrażenia.
- Bo brałem to za legendy opowiadane świeżym uczennicom Aretuzy - rzucił po dłuższym zastanowieniu czy na pewno chciał się do tego przyznawać. Ostatecznie uznał to za całkiem niezłą rozgrzewkę przed tym, co przyjdzie mu wyrzucić z siebie za chwilę. Zaczesał część tych swoich kruczych kudłów za ucho, spoglądając na niego z dołu i jednocześnie łapał się za brzuch, bo na jego słowa ciało zareagowało mu wpuszczeniem stada trzepoczących skrzydłami wróbli prosto do żołądka, ale... Heh, no właśnie, on zawsze znalazł sobie jakieś ale, jeżeli naprawdę mocno tego chciał. Dzisiaj nie było inaczej. - Kocham cię - powiedział nagle, zatrzymując się wpół kroku. Przygryzł dolną wargę. - Czuję się przy tobie jak ten moment pomiędzy uderzeniem pioruna i drzewo i tym jak spróchniałe drewno zajmuje się ogniem. - Nie wiedział, dlaczego tego typu słowa nie pasowały mu do jego własnych warg. Jakby przesądził z poetyckością, ale przecież tak nauczono go mówić w szkole magicznej. Nie, nie będzie się teraz nad tym zastanawiał. - Kocham cię Cain i chcę, żebyś pamiętał o tym i o tym, że jeżeli teraz albo kiedykolwiek wpadniesz na jakiś wspaniały pomysł, jak poświęcenie się w imię chuj wie czego, to zostanę na tym świecie sam. - Zupełnie jakby on na takie rzeczy nie wpadał, co? Miał wrażenie, że mimo używania słów kocham cię z nieprzystojącą im lekkością, akurat Cainowi mówił to bardzo rzadko, może nawet nigdy, a jemu przecież powinien zwierzać się z tego najczęściej. Z czego to wynikało? Braku potrzeby stałych zapewnień? Jednocześnie samemu ich oczekując... Teraz kiedy to powiedział i tak brzmiało to inaczej, niż kiedy mydlił innym oczy. Trochę jakby pierwszy raz miał na myśli to, co powiedział.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.