- Ciekawe. - Opis był rzeczywiście obrazowy i trafny w przedstawieniu, co ich czeka. Nic miłego. Nie brzmiało jak dobre lądowanie, brzmiało właśnie tak - jak połamane żebra. - Czy mogę ci jakoś w tym pomóc? - Jasne, żaden z niego czarodziej, ale przecież swoje sztuczki też posiadał w zanadrzu. Będzie musiał go zagaić, jak to dokładnie działa, namówić go do tego, żeby mu pokazał, rozrysował, wyliczył... ale to później. Później zajmie się pasjami i nieśmiałością jednocześnie tego człowieka, jego niepewnością i jego demonami. Teraz musiał się z nimi mierzyć, a Cain nie do końca miał na to czas i przestrzeń. To, co mógł mu dać, a chyba i tak było to wiele, to owszem - te zapewnienia, że nie wątpi w niego.
Jak zaś prezentowała się prawda?
Prawda była taka, że Cain starał się rozdzielać swoją uwagę między cel a Flynna. Taka, że mu ufał. Tylko gdzie była ta prawda, w której rzucał cały świat i wszystkie swoje przekonania dla jednej osoby? Że osłoniłby go przed wszystkim? Oj tak, osłoniłby. Powiedział to, jednocześnie pchając Flynna na tę ścieżkę, w której w ogóle musieli o tym mówić. Nie bezpieczną drogę, gdzie by ich poklepali po pleckach za dobrą robotę. Nie. Nie mógłby powiedzieć "ojeej, nie pomyślałem!", bo sporo ludzi podejmuje akcje pod wpływem emocji i rzeczywiście nad nimi nie duma. Coś się tu nie zgadzało, tylko nie potrafił złapać jeszcze odpowiedzi na pytanie co takiego. Nie rozumiał i nie znał swojej granicy w postępowaniu z człowiekiem, którego tak szalenie kochał, chociaż tyle razem już byli, przeszli, pracowali..?
- Może to już legendy. - Wzruszył ramionami bezradnie. - Może żaden się nie ostał i są już tylko historią przez ludzkie skurwysyństwo. - Można było odebrać wrażenie, że Cain ludzi nie lubił, kiedy się tak chwilę posłuchało jego teorii. I nie byłaby to nawet aż takie przekłamanie. Za to nieprawdą było to, że nimi gardził, czy że uważał wszystkich za skurwysynów. Było w ludziach to coś, co sprawiało, że sami byli największym zagrożeniem dla tej planety i dla siebie samych. Kierowanie się mniejszym złem byłoby mottem Bletchleya, gdyby nie to, że nie potrafił obojętnie kroczyć nad cierpieniem jednostek. Za to nie wahał się, kiedy jedno życie mogło uratować dziesięć kolejnych. Sam był częścią tej okrutnej maszyny. Mimo starał się, żeby uczynić ją choć odrobinę lepszą.
To mocne wyznanie otworzyło jego Trzecie Oko, ale te siwe barwy niczego nie zmieniały. Mimo to czuł to wyznanie całym sobą. Tak intensywne, że Cain się napiął, wydał z siebie jakieś "mhmm", nie do końca potrafiąc wyartykułować odpowiedź, która była oczywista. Ja też cię kocham. Chociaż dalszego zdania ni chuja nie zrozumiał. Co łączyło drzewo, piorun i spróchniałość - może tylko magowie to wiedzieli.
Cain dobrze wiedział, że jeśli się poświęci, to Flynn zostanie sam. Wiedział też, że niektóre jego decyzje mogły wymagać poświęceń od Flynna. Mimo to - nie wahał się ich robić. Tak jak nie wahał bronić się smoka, nawet jeśli narażał tym ich dwójkę. I cóż można było powiedzieć w takich chwilach? Swoim sposobem - uśmiechnąłby się, powiedział kocham cię, pocałował go, wrócił do tematu jego magii. Ale to było coś zbyt mocnego, może Flynn na to nie zasługiwał, żeby tu milczeć.
- Kocham cię. - Odpowiedział mu wręcz zwrotnie. Słowa ciepłe, oddające to gorące uczucie jego serca, dzięki któremu dni były jaśniejsze. Wznowił ich wędrówkę, trzymając Flynna za dłoń. Prawie jak romantyczny spacer. - Jeśli kiedyś przestanę naprawiać ten świat będę niczym więcej jak cieniem samego siebie. Człowiek, którego kochasz i który kocha ciebie zniknie z tego świata zanim naprawdę umrze. - Nigdy nie będzie obietnicy, w której Cain zostawi swój świat i swoje cele. Nie będzie też świata, w którym zostawi Flynna dla jakiegoś celu. Bo Fleamont nigdy nie będzie kazał mu wybierać. Bo Fleamont tak samo pragnął chronić przypadkowych ludzi, których nie znał, jak on.