Laurent wpadał ze skrajności w skrajność, bo to, co brzmiało pięknie było zdecydowanie zbyt śliczne. To, co wybrzmiało z jego ust, było z drugiej strony zbyt dramatyczne. Prawda, jak zawsze, kryła się pomiędzy. Fakt był jednak faktem, że ta hodowla nie była dziełem jego własnych rąk. Była częścią stajni Prewettów - ostatnie, co przyszłoby mu do głowy to robienie nagle rodzinie konkurencji. Nie zamierzał walczyć z takim molochem, skoro zależało mu na uznaniu ojca i kiedyś... matki. Ale to tylko (albo aż) hodowla. Zmiana nastawienia Charlesa wybiła blondyna z rytmu. Wypchnęła go z plecionego czaru i z tej sennej mary, którą zmęczone powieki chciały widzieć, powróciła dość boleśnie do rzeczywistości. A ból... przecież niemal nikt nie lubił bólu, a nawet ci, którzy za nim przepadali, niekoniecznie akceptowali każdą jego odmianę. Bo ból potrafił dotykać fizycznie, chociaż pochodził prosto od psychiki.
- Macie. - Poprawił automatycznie bruneta, a skoro już mu się to wymsknęło, kiedy odtajał z tego nagłego przewrócenia klimatu, którym próbował owinąć Charlesa wokół swojego paluszka, to kontynuował. - Lorien Mulciber jest moją kuzynką. - Owszem, Lorien była dalszą kuzynką, ale nadal była kuzynką i to mającą znaczenie w jego rodzie. Utalentowana karierowiczka, od co. Laurent naprawdę za nią przepadał, podziwiał ją.
Zajął się chętnie herbatą, która nabrała bardziej przystępnej temperatury do picia i osiągnęła swój idealny smak. Poczekał na opium i z ciekawością spojrzał na coś, co krzyczało do niego nie wracaj do tego. Tymczasem druga strona niemal odetchnęła z ulgą w końcu. Odłożył filiżankę i od razu było widać, że doskonale wie, co robi, oddzielając małą działkę, przygotowując fajkę, podgrzewając ją. Zaciągając się dymem tak, jakby dostał dokładnie to lekarstwo, którego potrzebował.
Bo potrzebował.
Obrócił fajkę między palcami w kierunku Charlesa z figlarnym uśmiechem na ustach i pytaniem w oczach. Chcesz? - pytało to spojrzenie.