08.01.2023, 12:49 ✶
Mackenzie drgnęła, słysząc czyjś okrzyk. Przez cały dzień nie natknęła się w Hogwarcie na żywą duszę – jeśli jeszcze jacyś uczniowie spędzali święta w szkole, to musiała ich minąć – więc nagły krzyk jakoś dziwnie zabrzmiał na pustym korytarzu i chłopak prawie zdołał ją wystarczyć. Spojrzała na Lovegooda i z pewnym zdziwieniem odnotowała, że uśmiechał się tak, jakby twarz mu miała od tego uśmiechu zaraz pęknąć.
Nie to, że w przypadku Theodore’a było to coś specjalnego. Gryfoni mieli od zawsze zielarstwo z Puchonami, a od piątego roku oboje chodzili też na eliksiry (ku jej rozpaczy matka uparła się, by kontynuowała ich naukę), po tylu latach więc nawet jej łatwo było zauważyć, że w przeciwieństwie do niej chłopak był bardzo wesoły, bardzo rozgadany i bardzo towarzyski. Puchon miał naprawdę ogromnego pecha, że pragnąc wpadnięcia na jakiegoś żywego człowieka, ze wszystkich żywych ludzi, na co dzień mieszkających w Hogwarcie, tego dnia mógł wpaść wyłącznie na nią. Gdyby znała się na psychologii, może mogłaby tutaj wspomnieć coś o ekstrawertykach i introwertykach: niestety, nie znała nawet pojęcia „psychologia”. Skąd ta radość obecnie nie umiała jednak wywnioskować.
Ach, zaraz. Może naprawdę cieszył się, że spędza święta w Hogwarcie? Albo po prostu strasznie lubił Yule i dostał rano cudowne prezenty? W grę wchodził jeszcze świąteczny obiad: Halloween, Yule i uczta powitalna, to zwykle były te okazje, gdy skrzaty przechodziły same siebie, a że w święta gotowały dla mniejszej liczby osób, w Wielkiej Sali na pewno czekały na nich prawdziwe specjały… Gdy zresztą Mackenzie wciągnęła powietrze, miała wrażenie, że z zapachem jedliny miesza się nadciągająca z pomieszczenia woń pieczonego indyka.
- Wesołego – odparła automatycznie, po chwili zawahania znowu unosząc różdżkę. Gdy Theodore się zbliżył, mógł dostrzec, że jedna z bombek Hufflepuffu została zamieniona w przerośnięty, złoty znicz. Mackenzie jednak najwyraźniej postanowiła być sprawiedliwa, bo tym razem wycelowała w czerwoną bombkę Gryffindoru. Ta zaczęła się lekko spłaszczać, zamieniając w odrobinę przymały, ale jednak całkiem udatny kafel.
– Matka musiała wyjechać – wyjaśniła lakonicznie, a kolejne machnięcie różdżki najpierw przyciemniło zieloną bombkę, a potem zamieniło ją w tłuczek. Cóż, choinka była tu w końcu dla osób spędzających święta w Hogwarcie, tak? By ich cieszyć. Ją cieszyła quidditchowa choinka. A Theodore też grał w quidditcha, więc jakoś to zniesie. Większość nauczycieli wyjechała, a wątpiła, czy dyrektor da jej szlaban za coś takiego. – Nie tak, jak na miotle, ale miło. Jeśli odbijesz się dostatecznie mocno, to prawie jakby się leciało – odpowiedziała. Nie była najbardziej wprawioną osobą w sztuce konwersacji w Hogwarcie, ale po sześciu latach przynajmniej nauczyła się odpowiadać, kiedy ją zaczepiano. Jak na nią, był to już niezwykły postęp. I bywały chwile, kiedy nawet przez trzy zdania z rzędu nie wspominała o miotłach i kaflach. (Chociaż niestety, nie była to ta chwila.)
Zastanowiła się przez moment, ale podobno w Yule nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem, więc mogło się to też przydarzyć jednej Greengrass.
- Jak spędzasz Yule? - spytała więc, wspinając się absolutnie na wyżyny swoich towarzyskich możliwości.
@Theodore Lovegood
Nie to, że w przypadku Theodore’a było to coś specjalnego. Gryfoni mieli od zawsze zielarstwo z Puchonami, a od piątego roku oboje chodzili też na eliksiry (ku jej rozpaczy matka uparła się, by kontynuowała ich naukę), po tylu latach więc nawet jej łatwo było zauważyć, że w przeciwieństwie do niej chłopak był bardzo wesoły, bardzo rozgadany i bardzo towarzyski. Puchon miał naprawdę ogromnego pecha, że pragnąc wpadnięcia na jakiegoś żywego człowieka, ze wszystkich żywych ludzi, na co dzień mieszkających w Hogwarcie, tego dnia mógł wpaść wyłącznie na nią. Gdyby znała się na psychologii, może mogłaby tutaj wspomnieć coś o ekstrawertykach i introwertykach: niestety, nie znała nawet pojęcia „psychologia”. Skąd ta radość obecnie nie umiała jednak wywnioskować.
Ach, zaraz. Może naprawdę cieszył się, że spędza święta w Hogwarcie? Albo po prostu strasznie lubił Yule i dostał rano cudowne prezenty? W grę wchodził jeszcze świąteczny obiad: Halloween, Yule i uczta powitalna, to zwykle były te okazje, gdy skrzaty przechodziły same siebie, a że w święta gotowały dla mniejszej liczby osób, w Wielkiej Sali na pewno czekały na nich prawdziwe specjały… Gdy zresztą Mackenzie wciągnęła powietrze, miała wrażenie, że z zapachem jedliny miesza się nadciągająca z pomieszczenia woń pieczonego indyka.
- Wesołego – odparła automatycznie, po chwili zawahania znowu unosząc różdżkę. Gdy Theodore się zbliżył, mógł dostrzec, że jedna z bombek Hufflepuffu została zamieniona w przerośnięty, złoty znicz. Mackenzie jednak najwyraźniej postanowiła być sprawiedliwa, bo tym razem wycelowała w czerwoną bombkę Gryffindoru. Ta zaczęła się lekko spłaszczać, zamieniając w odrobinę przymały, ale jednak całkiem udatny kafel.
– Matka musiała wyjechać – wyjaśniła lakonicznie, a kolejne machnięcie różdżki najpierw przyciemniło zieloną bombkę, a potem zamieniło ją w tłuczek. Cóż, choinka była tu w końcu dla osób spędzających święta w Hogwarcie, tak? By ich cieszyć. Ją cieszyła quidditchowa choinka. A Theodore też grał w quidditcha, więc jakoś to zniesie. Większość nauczycieli wyjechała, a wątpiła, czy dyrektor da jej szlaban za coś takiego. – Nie tak, jak na miotle, ale miło. Jeśli odbijesz się dostatecznie mocno, to prawie jakby się leciało – odpowiedziała. Nie była najbardziej wprawioną osobą w sztuce konwersacji w Hogwarcie, ale po sześciu latach przynajmniej nauczyła się odpowiadać, kiedy ją zaczepiano. Jak na nią, był to już niezwykły postęp. I bywały chwile, kiedy nawet przez trzy zdania z rzędu nie wspominała o miotłach i kaflach. (Chociaż niestety, nie była to ta chwila.)
Zastanowiła się przez moment, ale podobno w Yule nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem, więc mogło się to też przydarzyć jednej Greengrass.
- Jak spędzasz Yule? - spytała więc, wspinając się absolutnie na wyżyny swoich towarzyskich możliwości.
@Theodore Lovegood