Odpowiadało mu ta doskonała rola, jaka została mu nadana, dlatego kiwnął głową i zamierzał się przygotować na wszystko i nic jednocześnie. Na... bycie kamieniem w katapulcie, który, dajcie bogowie, bezpiecznie wyląduje na swoim miejscu z pomocą Flynna.
- Zawsze mam cię w pamięci. I zawsze będę walczył z całych sił, żeby mieć cię nie tylko w pamięci, ale obok. - Żeby on był jego i vice versa. - Wybił się z ziemi i podciągnął w górę, żeby później obrócić się i podać rękę Flynnowi, wciągając go po półce skalnej. Przez moment rozważał, czy wzięcie go na plecy byłoby jakimś rozwiązaniem, które umiliłoby mu drogą dla nóg przyzwyczajonych do czerwonych dywanów, co najwyżej brukowanych ulic miast, nie dzikich, górskich ostępów, ale biorąc pod uwagę właśnie ten teren i żelastwo - darował sobie. Dla niego przechadzka była przyjemna. Nic nie zdawało się chcieć ich pożreć, mimo tego, jak dziko i pierwotnie wokół było nie było słychać żadnego gryfa, nie kręciły się żadne harpie, żadna echidna wcześniej nie wyskoczyła im z siedliska. Szokujący wręcz spokój - albo i nie szokujący. Jaki drapieżnik chciałby rościć sobie prawo do polowania na terytorium smoka? Chyba tylko ten całkowicie zdesperowany. - A ja nie chcę zostać cię samego. - Mimo swojej butności, jaką potrafił wykrzesać Flynn to jego strach o samotność była chyba największym koszmarem, który wplątywał się we wronie pióra. Zaraz jeden z tych koszmarów miał zostać nazwany - miał przyjąć realną twarz i imię. Fontaine. - Nie z takimi zdzirami już sobie radziłem. - Zabrzmiało to wręcz nonszalancko, ale wcale nie było takie proste i banalne. Nie zdawał sobie w pełni sprawy ze skali zagrożenia, ale zdała sobie sprawę, że zagrożenie było wysokie. Gdyby jednak miał aż tak bać się ludzi wokół siebie i konsekwencji swoich wyborów... cóż, może gdyby właśnie się bardziej bał to byłby szczęśliwszym człowiekiem? Takim, który nie żyje z dnia na dzień z przeświadczeniem, że może umrzeć w każdej chwili i nawet nie robiło to na nim większego wrażenia? - A skoro jesteśmy razem... - Przeszedł nad zawalonym pniem, uprzednio łamiąc kilka gałęzi, żeby zrobić sobie przestrzeń. Wyciągnął dłoń do Flynna, żeby pomóc mu się przegramolić na drugą stronę. - ... to może ona powinna zacząć się bać? - Uśmiechnął się łagodnie, ale z pewnością siebie. Z pewnością tego, co mówi. Flynn potrafił się bardzo nie doceniać, ale Cain doceniał go w pełni. Jego osobowość, jego zdolności, jego wygląd, jego wszystko. - Będziemy walczyć z tym światem i jak w romantycznej opowieści - umrzemy razem, albo żaden. - To już było kłamstwo. Wcale tak nie myślał, albo raczej - tak, pomyślał tak, ale osłoniłby Flynna własną piersią, nie pozwalając mu umrzeć.