Z jednej strony lubił walczyć o ten splot emocji, klocki się rozsypały, zamek rozburzył, ale można było je poskładać na nowo, w coś może nawet lepszego, innego - może nie zachwyciłoby tak samo, ale zachwyciłoby inaczej? Tylko że Laurent miał na to trochę za mało siły. Za mało energii przerobowej, za dużo negatywów w sobie i zbyt wiele przeświadczenia o tym, że kogokolwiek nie dotkniesz, komukolwiek nie zaufasz - sparzysz się. Ta gra miała tę oczywistą stronę i oczywiste znaki ostrzegawcze, ale jeśli pozwolić jej błyszczeć to okazywało się, że wdrażała niebezpieczeństwo oślepiające oczy. Była niebezpieczna, ponieważ ta mieszanka emocji niosła człowieka do progu, za którym coraz mniej cię obchodziło. Coraz mniej interesowało. Upadałeś pod samym sobą i jeszcze czerpałeś autodestrukcyjną przyjemność z upadku. Tak nie zaczynały się najtragiczniejsze historie - tak wyglądały tragiczne historie, które początek miały dawno za sobą i teraz rodziły swoje skutki wydarzeń przeszłości.
- Ależ nie szkodzi. - Odparł lekko, niemalże śpiewnie, głosem jak skowronek. Ujął jego dłoń, ułożył jego palce na fajce - czy mógł sobie darować? Ależ oczywiście! I jednocześnie czerpał pełną przyjemność z tego dotyku, uśmiechając się zachęcająco do mężczyzny. - To nic trudnego. - Anioł był diabłem, albo może diabłem od samego początku, tylko przybranym w anielskie piórka, tak jak wilk przybiera się w owczą skórę, żeby stopić się ze stadem. Albo po prostu człowiek, który kusił do złego, albo właśnie dobrego - wszystko było dla ludzi, ważne jedynie, żeby kosztować tego z umiarem. A Laurent nie zamierzał się tutaj z nim upalić. Chciał tylko trochę... zabić ten ból. Odprężyć się. - Nie zaciągaj się za mocno. - Pouczył go, instruując powoli w krokach, przytrzymując dla niego płomień, żeby mógł wpuścić w swoje płuca ten niebezpieczny dla zdrowia dym. I jednocześnie jakże kojący dla psyche. Jakże odprężający. - Jaka szkoda, że już twoje oczy nie błyszczą. Do twarzy ci z blaskiem ekscytacji.