Och. Oooch... Jakże podobało mu się to, co widzi. Słodki grzesz, słodkie pokusy, tajemnice usłane za rzęsami wszystkiego, co nowe i niepoznane. Nie było sprawiedliwe, jak lubił kolekcjonować te spojrzenia - wszystko po to, żeby później mógł pytać siebie samego co jest z nim nie tak. Odpowiedź była bardzo prosta: wszystko. Kradzież spojrzenia tych bezcennych, ciemnych oczu Charlesa była punktem czyniącym koronę koroną - diamentem w jej złoceniu, by nikt nie miał wątpliwości, że to nie jest żadna mizerna dekoracja książęcej głowy. Poczuł to lekkie drżenie, poczuł to, jak te dłonie z nim współpracują. Rozchylone usta, które jakoby pytały, co dalej, co jeszcze? Okrucieństwo z jego strony - czy to nie było to? Albo okrucieństwo wobec samego siebie, że był tak uzależniony od tych subtelności i dotyku, że nie potrafił sobie postawić granicy i się za nią zatrzymać. Tyle że to spojrzenie Charlesa było więcej warte niż każdy narkotyk. Opium nie mogło mu dorównać. Wyciągnął dłoń oderwaną od fajki, która już bezpiecznie spoczywała w rękach Mulcibera prawie jakby zaraz miał musnąć te rozchylone usteczka... a tylko poprawił rękaw i cofnął ją do siebie.
- Rozluźnienie. Ukojenie. Spokój. - Oddech zwalniał - dlatego czasem opium potrafiło być szalenie niebezpieczne. - Podzielę się z tobą przestrogą - nie pal za często. Uzależnia. - Mówił w końcu w oparciu o własne doświadczenie, uśmiechając się nieco. Ale tylko na chwilę. Przypomniał mu się ten zniszczony mężczyzna na jego kanapie rozpływający się od narkotyków, niby kontaktujący, ale w gruncie rzeczy jaki to był kontakt? Nawet nie wiedział, czy coś z tego wieczoru pamiętał i nie chciał chyba się dowiadywać. Nie był na to gotowy. To świeże wspomnienie wymazało jego uśmiech i przywróciło po prostu diabelne zmęczenie, kiedy znów przyłożył fajkę do swoich warg, zatrzymując na chwilę dym w płucach.
- Doceniam piękno i subtelność, które widzę. - Wypuścił dym i dopiero wtedy spojrzał na Charlesa. - Flirtuję z tobą. - Nazwał rzecz po imieniu. Konkretnie. I całkowicie bezwstydnie. Ale to - ha! Nie było czego się wstydzić. Było wiele naprawdę bezwstydnych rzeczy, które mógł mu powiedzieć nawet nie mrugając.