08.01.2023, 13:09 ✶
Brenna była w szale.
W szale porządków i urządzania konkretnie.
Dom Longbottomów był - na całe szczęście - bardzo, bardzo duży. Ale miał też bardzo wielu lokatorów, których liczba w ostatnim czasie się powiększyła. Obecnie poza dziadkiem, rodzicami Bren i Erika, samym rodzeństwem, mieszkała tu też rodzina Crawleyów, dwie kuzynki, Charles (tfu, Julien!) i jeszcze trzy psy. Regularnie meldowało się na weekendy kuzynostwo. A może nawet ktoś jeszcze, Brenna nie byłaby zdziwiona, gdyby ktoś kogoś zaprosił na czas nieokreślony i zapomniał jej o tym wspomnieć.
To tworzyło pewne zagrożenie.
Mianowicie, jeśli więcej osób zaprosi znajomych na nocowanie albo na progu stanie nagle więcej niż jedna osoba potrzebująca schronienia, przyjdzie im dostawiać łóżka do własnych pokoi. Brenna postanowiła więc po prostu wyeliminować ten problem, zabierając się za urządzanie pokoi na poddaszu. Do tej pory urządzony był tylko jeden z nich, pełniąc rolę awaryjnego pokoju gościnnego (w nim zresztą pierwsze trzy dni spędził Charles, kiedy zajmowali się sprawą śmierci jego brata i potem zmianą twarzy, by reszta domowników mogła go poznać już pod nowym nazwiskiem i nową twarzą). Panna Longbottom postanowiła, że dołączą do niego dwa kolejne. Były wprawdzie nieco mniejsze niż te na niższych piętrach, a okna położone w lukarnach również nie tak duże, ale miała już pomysł, jak to wszystko urządzić, by stały się przytulnymi sypialniami.
O, na przykład pod oknem, we wnęce, obije się podniesienie materiałem, położy poduszki i będzie to idealnie miejsce do czytania. Podłogę nakryje się dywanem. Szafę odnowi, dostawi łóżko i oczywiście część gratów wyrzuci, a resztę przeniesie do pozostałych pomieszczeń na poddaszu...
- Och, cześć, Erik! - zawołała, gdy ten wszedł do pokoju, po czym rozległ się huk, a następnie jej kaszel. Tak, opróżniała właśnie szafę, i pudła wypełnione, jak się okazało kapeluszami i szalami, należącymi pewnie jeszcze do ich prababki, poleciały jej na głowę. Część z nich złapała, reszta padła u jej stóp, a kurz, który się rozniósł sprawił, że Brenna zaniosła się kaszlem. Zaraz jednak wyjrzała zza drzwi szafy, ukazując Erikowi ubabrany kurzem nos oraz włosy, w które wplątała się pajęczyna.
- Pewnie jest na dole. Przecież nie będę go trzymać w tym pokoju obok - roześmiała się. - Jest taki... sam wiesz, no idealny na gościnny, jedna, dwie noce, ale na stałe? Chociaż właśnie postanowiłam, że go przerobię, ten i jeszcze ten obok. Jak Cha...Julien dostał ten pokój w końcu korytarza, to na piętrze został nam już tylko jeden wolny
Nawet nie wyjaśniała, dlaczego to mógłby być problem. Dwa pokoje gościnne w domu Longbottomów? No to nie mogło przejść. Co jeżeli urządziliby grilla i zaprosili wielu znajomych? Upychać ich potem w tych dwóch pokojach? A jak nagle jakiś przyjaciel będzie potrzebować schronienia, w tych niespokojnych czasach to było możliwe.
Kiedy Erik wspomniał, że muszą porozmawiać i coś o klątwie, Brenna trochę spoważniała i spojrzała na niego uważniej, marszcząc brwi. Odłożyła nawet pudełka na podłogę, zamiast zacząć przeglądać tę wiekową kolekcję kapeluszy.
A potem milczała.
I milczała.
Aż wreszcie bardzo powoli usiadła na zakurzonej podłodze, bo jakoś nie była pewna, czy zdoła ustać.
- Czy ja dobrze zrozumiałam, czy tylko od kurzu dostałam jakiegoś niedotlenienia mózgu? – spytała z pozornym spokojem. - Castiel. Chce. Pobierać. Krew. Z. Ciebie. W. Wilczej. Postaci.
I nie chodziło o to, że był jednym z jej szkolnych przyjaciół. Och, to znaczy, oczywiście, trochę tak, bo nie chciała, żeby jej kolega został pożarty przez wilkołaka. To byłoby problemem. Ale teraz większym problemem było co innego.
- Na litość Merlina, Erik, co jeśli go zabijesz albo pogryziesz? Jak potem mielibyśmy to załatwić, żebyś nie trafił do Azkabanu? – podjęła. Tak, zmartwienie Flintem zmartwieniem Flintem, ale w tej chwili miała ochotę go udusić za to, co w ogóle zaproponował jej bratu. Bo bardziej martwiła się właśnie o Erika. O to, że ten mógłby ponieść konsekwencje, gdyby coś się stało. Zarówno prawne, jak i psychiczne.
W szale porządków i urządzania konkretnie.
Dom Longbottomów był - na całe szczęście - bardzo, bardzo duży. Ale miał też bardzo wielu lokatorów, których liczba w ostatnim czasie się powiększyła. Obecnie poza dziadkiem, rodzicami Bren i Erika, samym rodzeństwem, mieszkała tu też rodzina Crawleyów, dwie kuzynki, Charles (tfu, Julien!) i jeszcze trzy psy. Regularnie meldowało się na weekendy kuzynostwo. A może nawet ktoś jeszcze, Brenna nie byłaby zdziwiona, gdyby ktoś kogoś zaprosił na czas nieokreślony i zapomniał jej o tym wspomnieć.
To tworzyło pewne zagrożenie.
Mianowicie, jeśli więcej osób zaprosi znajomych na nocowanie albo na progu stanie nagle więcej niż jedna osoba potrzebująca schronienia, przyjdzie im dostawiać łóżka do własnych pokoi. Brenna postanowiła więc po prostu wyeliminować ten problem, zabierając się za urządzanie pokoi na poddaszu. Do tej pory urządzony był tylko jeden z nich, pełniąc rolę awaryjnego pokoju gościnnego (w nim zresztą pierwsze trzy dni spędził Charles, kiedy zajmowali się sprawą śmierci jego brata i potem zmianą twarzy, by reszta domowników mogła go poznać już pod nowym nazwiskiem i nową twarzą). Panna Longbottom postanowiła, że dołączą do niego dwa kolejne. Były wprawdzie nieco mniejsze niż te na niższych piętrach, a okna położone w lukarnach również nie tak duże, ale miała już pomysł, jak to wszystko urządzić, by stały się przytulnymi sypialniami.
O, na przykład pod oknem, we wnęce, obije się podniesienie materiałem, położy poduszki i będzie to idealnie miejsce do czytania. Podłogę nakryje się dywanem. Szafę odnowi, dostawi łóżko i oczywiście część gratów wyrzuci, a resztę przeniesie do pozostałych pomieszczeń na poddaszu...
- Och, cześć, Erik! - zawołała, gdy ten wszedł do pokoju, po czym rozległ się huk, a następnie jej kaszel. Tak, opróżniała właśnie szafę, i pudła wypełnione, jak się okazało kapeluszami i szalami, należącymi pewnie jeszcze do ich prababki, poleciały jej na głowę. Część z nich złapała, reszta padła u jej stóp, a kurz, który się rozniósł sprawił, że Brenna zaniosła się kaszlem. Zaraz jednak wyjrzała zza drzwi szafy, ukazując Erikowi ubabrany kurzem nos oraz włosy, w które wplątała się pajęczyna.
- Pewnie jest na dole. Przecież nie będę go trzymać w tym pokoju obok - roześmiała się. - Jest taki... sam wiesz, no idealny na gościnny, jedna, dwie noce, ale na stałe? Chociaż właśnie postanowiłam, że go przerobię, ten i jeszcze ten obok. Jak Cha...Julien dostał ten pokój w końcu korytarza, to na piętrze został nam już tylko jeden wolny
Nawet nie wyjaśniała, dlaczego to mógłby być problem. Dwa pokoje gościnne w domu Longbottomów? No to nie mogło przejść. Co jeżeli urządziliby grilla i zaprosili wielu znajomych? Upychać ich potem w tych dwóch pokojach? A jak nagle jakiś przyjaciel będzie potrzebować schronienia, w tych niespokojnych czasach to było możliwe.
Kiedy Erik wspomniał, że muszą porozmawiać i coś o klątwie, Brenna trochę spoważniała i spojrzała na niego uważniej, marszcząc brwi. Odłożyła nawet pudełka na podłogę, zamiast zacząć przeglądać tę wiekową kolekcję kapeluszy.
A potem milczała.
I milczała.
Aż wreszcie bardzo powoli usiadła na zakurzonej podłodze, bo jakoś nie była pewna, czy zdoła ustać.
- Czy ja dobrze zrozumiałam, czy tylko od kurzu dostałam jakiegoś niedotlenienia mózgu? – spytała z pozornym spokojem. - Castiel. Chce. Pobierać. Krew. Z. Ciebie. W. Wilczej. Postaci.
I nie chodziło o to, że był jednym z jej szkolnych przyjaciół. Och, to znaczy, oczywiście, trochę tak, bo nie chciała, żeby jej kolega został pożarty przez wilkołaka. To byłoby problemem. Ale teraz większym problemem było co innego.
- Na litość Merlina, Erik, co jeśli go zabijesz albo pogryziesz? Jak potem mielibyśmy to załatwić, żebyś nie trafił do Azkabanu? – podjęła. Tak, zmartwienie Flintem zmartwieniem Flintem, ale w tej chwili miała ochotę go udusić za to, co w ogóle zaproponował jej bratu. Bo bardziej martwiła się właśnie o Erika. O to, że ten mógłby ponieść konsekwencje, gdyby coś się stało. Zarówno prawne, jak i psychiczne.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.