01.07.2024, 11:41 ✶
Może powinien być zestresowany, ale raz że słowa matki go uspokajały, a dwa... och to było takie piękne miejsce, takie spokojne i takie drastycznie odmienne od wszystkiego czego doświadczył w Londynie. Uśmiechnięty mężczyzna wyszedł w końcu z zaplecza i podał mu różdżkę. Czy była za gruba? Czy była nieforemna? Czy była dziwna? Samuel nie wiedział tego wszystkiego, bo jedyne różdżki jakie widział i znał należały do jego rodziców. Chwycił ufną dłonią za rękojeść, marszcząc przy tym brwi w zastanowieniu, po czym nagle wywindowały one ku górze, gdy odwracał się do swojej rodzicielki.
– Mamo to kasztan! – zawołał entuzjastycznie. Znał te drzewa, znał ich dusze. Były takie miejsca w sercu Kniei, gdzie słońce tańczyło przez liście, kryjąc wielkiego kasztanowca i jego dzieci, drzewo którego dusza pulsowała w rytmie wieczności. Jego cicha obecność pozostawała pełna mądrości i opiekuńczego cienia grubych gałęzi, on trwał niezmiennie silny i trwały, podobnie jak dąby, jak buki. Była w tym drewnie jednak inna energia, z jednej strony pozbawiona dostojności, za to skromna życiową prozą i potrzebą elastyczności, akomodacji do zastanych warunków. Kasztanowiec, z korzeniami głęboko zanurzonymi w ziemi, z gałęziami wyciągniętymi wysoko ku niebu, jest silny rodziną, która go otacza. Jego drewno ciepłe i pełne charakteru, noszące ślady czasu i przygód, które doświadczyło. Każda sęka, każda linia, to opowieść o burzach, które przetrwał i promieniach słońca, które go pieściły.
Samuel czuł to wszystko w dotyku drewna kasztanowego, czuł oddech ziemi, jej cierpliwość i siłę. Czuł to wszystko, czym było jego istnienie, prawdę o tym, że piękno tkwi w prostocie i autentyczności. Mimo swojej nastoletniości, mimo oderwania od życia w społeczności czarodziejów, McGonagall w tej krótkiej chwili połączenia usłyszał pieśń kryjącej się w tym drewnie tajemnicy przetrwania i odnowy, przypominającej o tym, że nawet po najciemniejszej nocy wschodzi słońce. Melancholijne włókno testrala jak złowroga przepowiednia niosła ze sobą widmo śmierci ojca i ucieczki matki, ale kasztan otulał je swoją siłą spokoju i codzienności w której miłość jest w stanie zaleczyć każdą ranę, jeśli tylko człowiek pozwoli się nią otoczyć, tak jak włókna drzewa otaczały niewidoczny dla tych, którzy nie widzieli śmierci trzon.
Surowa magia wezbrała w nim. Klątwa ziemi miała obudzić się w nastoletnim ciele za niecałą godzinę, ale to połączenie z różdżką było katalizatorem, wezwaniem ciążącego przekleństwa, otworzeniem ciała na splot. Nic nie wzleciało w powietrze, choć chłopak czuł ekstatyczny napływ mocy, wewnątrz pomieszczenia nic się nie zadziało. Nikt nie widział, że spomiędzy bruku wysunęły się słodkie zielenią winorośla obrastając sklep Ollivandera. Nikt nie dostrzegł pąków i kwiatów, którymi zakwitły przygotowane na zapleczu witki.
Ale Samuel wiedział.
Odchrząknął próbując być dorosły na wyrost.
– To ta matko. Nie chcę innej. Czuję, że to ta. – Nie było pytań o testy, nie było wątpliwości. Nieświadom genezy swojej różdżki, nieświadom tego, że będzie potrzebował czternastu lat, by znów stanąć na progu tego sklepu i prosić uśmiechniętego mężczyznę o to by został jego mistrzem, a różdżka właśnie, mały Niedźwiadek stanie się biletem do jego wielkiej różdżkarskiej przygody... Nieświadom absolutnie niczego wiedział, że nie musi sprawdzać żaden następnej różdżki.