08.01.2023, 13:46 ✶
- Rozumiem, że nie chcesz po prostu sprzedawać patentu firmie? – spytała Florence z pewnym zamyśleniem. – Nie myślałeś o jakimś asystencie? Wspólniku? Albo prawniku? Który faktycznie zaprezentuje to innym? A jeżeli sądzisz, że duża firma nie uzna tego za dostatecznie przydatne, może powinieneś spróbować u Lupinów? – zasugerowała Bulstrode. Nie znała się na takich sprawach jakoś szczególnie dobrze, ale ot od razu zaczęła zastanawiać się nad potencjalnymi rozwiązaniami. Jak mogłoby być inaczej, skoro chodziło o specyfik, mogący pomóc chorym, a ona była uzdrowicielką? Poza tym miała taką osobowość, że jeżeli leżała przed nią kłoda, szukała sposobów na jej przeskoczenie, ominięcie albo zniszczenie. – Mają własną aptekę, część lekarstw robią sami, wprowadzili na rynek eliksir tojadowy, być może mógłbyś opatentować przepis, a potem za niewielki procent zysków dać im na przykład na wyłączność możliwość sprzedaży mikstury w ich aptece przez określony czas, pod warunkiem utrzymania rozsądnych cen? Dzięki temu znalazłby się na rynku szybko, ludzie mieliby czas go przetestować, a w tym czasie mógłbyś myśleć o czymś szerszym. A apteka Lupinów, nawet jeżeli nie zarobiłaby kroci, zyskałaby reklamę jako jedyny punkt, gdzie dostępne jest lekarstwo.
Nie mogła powstrzymać uśmiechu, kiedy wspomniał o tym, że napisał do nauczyciela list o tym, że miał rację w jednym z zagadnień.
W jakiś sposób bardzo pasowało do Lestrange’a.
- Czy ja wiem? Podobno nie ma większej radości dla mistrza niż dzień, gdy uczeń go przerasta – skwitowała. Sama nie miała okazji wypróbować tej maksymy, bo jak dotąd uczyła dopiero od czterech lat, więc jeszcze nikt z jej podopiecznych nie zyskał dość doświadczenia, aby ją przerosnąć.
Chociaż w przypadku Florence było możliwe, że odebrałaby to jako znak, że starała się za mało. I że oczywiście powinna starać się bardziej. Ale nauczyciel eliksirów z Hogwartu niekoniecznie miał aż tak szaleńcze ambicje jak sama Bulstrode.
- Jestem pewna, że spojrzenie kogoś bez butów i w butach niespecjalnie się od siebie różni – oceniła krótko, chociaż jeżeli chodził o nią, to kiedy wychodziła z domu zazwyczaj dbała o to, aby buty pasowały do płaszcza albo do torebki. Ewentualnie do obu. Nie, nie musiała prezentować się oszałamiająco, ale na pewno schludnie. A nerwica natręctw wymagała tego, aby wszystko było… po prostu do siebie dopasowane.
- Nie jest. I nie przejmuj się, Williamie, nie rozerwę cię na strzępy, jeśli nadepniesz mi raz na nogę – zapewniła, bo ciężko było przegapić i sztywność, i zerkanie w dół. Lestrange tańczył na pewno już z żoną, ale też widać było, że raczej nie robił takich rzeczy często. Ewentualnie nie miał talentu akurat do tańca, bo gdy go rozdawano, on stał w kolejce po umiejętność przygotowywania eliksirów. – Do mordowania przechodzę dopiero przy trzeciej pomyłce – dodała jeszcze żartobliwie. Prowadziła dość powoli, chcąc w miarę bezboleśnie przeprowadzić go przez ten jeden utwór. Na trzy błędy raczej nie miał szczególnie dużych szans, bo i muzyka nie miała grać już długo.
Nie mogła powstrzymać uśmiechu, kiedy wspomniał o tym, że napisał do nauczyciela list o tym, że miał rację w jednym z zagadnień.
W jakiś sposób bardzo pasowało do Lestrange’a.
- Czy ja wiem? Podobno nie ma większej radości dla mistrza niż dzień, gdy uczeń go przerasta – skwitowała. Sama nie miała okazji wypróbować tej maksymy, bo jak dotąd uczyła dopiero od czterech lat, więc jeszcze nikt z jej podopiecznych nie zyskał dość doświadczenia, aby ją przerosnąć.
Chociaż w przypadku Florence było możliwe, że odebrałaby to jako znak, że starała się za mało. I że oczywiście powinna starać się bardziej. Ale nauczyciel eliksirów z Hogwartu niekoniecznie miał aż tak szaleńcze ambicje jak sama Bulstrode.
- Jestem pewna, że spojrzenie kogoś bez butów i w butach niespecjalnie się od siebie różni – oceniła krótko, chociaż jeżeli chodził o nią, to kiedy wychodziła z domu zazwyczaj dbała o to, aby buty pasowały do płaszcza albo do torebki. Ewentualnie do obu. Nie, nie musiała prezentować się oszałamiająco, ale na pewno schludnie. A nerwica natręctw wymagała tego, aby wszystko było… po prostu do siebie dopasowane.
- Nie jest. I nie przejmuj się, Williamie, nie rozerwę cię na strzępy, jeśli nadepniesz mi raz na nogę – zapewniła, bo ciężko było przegapić i sztywność, i zerkanie w dół. Lestrange tańczył na pewno już z żoną, ale też widać było, że raczej nie robił takich rzeczy często. Ewentualnie nie miał talentu akurat do tańca, bo gdy go rozdawano, on stał w kolejce po umiejętność przygotowywania eliksirów. – Do mordowania przechodzę dopiero przy trzeciej pomyłce – dodała jeszcze żartobliwie. Prowadziła dość powoli, chcąc w miarę bezboleśnie przeprowadzić go przez ten jeden utwór. Na trzy błędy raczej nie miał szczególnie dużych szans, bo i muzyka nie miała grać już długo.