Cokolwiek się działo - było duże. Laurent czuł to całym sobą, kiedy spoglądali z tych cieni na zbrojące się trytony. Woda chwiała się, była niespokojna - nie brzmiała jak morze, ale niemal słyszał jej pomruki niezadowolenia. To nie było naturalne. Cokolwiek się działo - nie było naturalne. Magia? Może wpływ innych trytonów? Przynajmniej Laurent miał taką nadzieję, że to król przypłynął ze swoją świtą. Wszystko po to, że może uda się przemówić Adrii do rozsądku... a da? Czy byli skazani jednak na porażkę?
Niepokój wspinał się po grzbiecie selkie i stroszył futro. Fatalizm myśli mógł łatwo prowadzić do wniosku, że przecież to miejsce, w którym to się "kryli" mogło stać się ich grobowcem. Zatrzymał się w tym punkcie i ten stan można było przyrównać do wstrzymania oddechu. Wojownicy wycofywali się, wychodzili naprzeciw zagrożeniu, o którym pewnie jeszcze przed chwilą nawoływali. Oby nie przelała się krew. Pobożne życzenie? Powinien to sprawdzić? ONI powinni to sprawdzić? Tylko że byli blisko celu - kierunku, gdzie popłynęła tamta dwójka, odłączając się od swojego oddziału. Tam, gdzie udał się Leartes.
Nie potrzebował kolejnej zachęty od strony Victorii - rzeczywiście wyrwał do przodu, żeby jak najszybciej dogonić Leartesa. Teraz nie musiał się obawiać, że trytony zrobią coś Victorii i Persusowi, skoro opuściły tę skalną skorupę.