Niekiedy (doprawdy) wiedza przychodziła do nas w najmniej oczekiwanym momencie i najmniej oczekiwanej formie.
Uśmiechał się na słowa ciotki, która karmiła jego ego - pewność siebie co do tego, jak wyglądał, towarzyszyła mu chyba od dziecka. Nie zmieniło się to nijak teraz - teraz jedynie było podszyte kompleksami co do tego, że skoro złotem jest to, co prezentuje się na zewnątrz... czy w ogóle cokolwiek widać poza tym? To nie było miejsce do takich rozważań, a chociaż mieli za sobą przedziwną noc to też nie ciotka Ethel nie zagrała na tych strunach, które wyciągałyby spod szafy jego koszmary. Nie, było w porządku. Nawet więcej niż dobrze, gdy te komplementy się sypały. Mógł nawet zaprzeczyć, że prawdziwym złotem nie był - możliwość uświęcenia swojej skóry tym szlachetnym metalem nie byłoby potwarzą, byłoby błogosławieństwem. Na szczęście umiłowanie do błyskotek nie sięgało aż takiej wysokości, żeby robił głupoty tego typu.
Półprawdy były potężniejszym narzędziem niż kłamstwo. Kiedy cię okłamują to w końcu można wywęszyć nieprawidłowości. Nie znajdziesz ich teraz, może nawet nigdy, ale prawdopodobieństwo było większe. Kiedy mówisz półprawdy... ooo, wtedy możesz malować niesamowity obraz - przekłamaną rzeczywistość, która nakłada się na prawdziwą. Ethel była taka... niepozorna. Ludzie mieli ją za szaloną, ignorowali ją. W teorii spiskowej Laurent dopisywał, że to mógł być jakiś akt! Udawanie! Tak naprawdę ciotka Ethel to niezwykła osobistość pełna polotu, że to wszystko zaplanowane, a na koniec wyskoczy, że jest agentem korony! Dopisywał to żartobliwie, ale już nie żartobliwie zastanawiał się, gdzie kończyło się jej szaleństwo. I ile tak naprawdę te oczy widziały. Jak była w tym poszkodowana, jak samotna, a jak starała się utrzymywać na powierzchni. Albo nie starała już wcale.
- Kiedyś znalazłam czupakabrę, kiedy podróżowałam po okolicach Leeds, straszne stworzenie, jak ono się tam znalazło... Pewnie z Edwarda też krew wyssało, dlatego taki nieczuły jest i zapomina o rodzinie... - Nie dało się nie usłyszeć dozy urazy w jej głosie. - Prawie ubiłam tam interes stulecia! Stulecia! Gdyby nie ta czupakabra... ale dzięki niej poznałam swojego świętej pamięci męża! Niech mu ziemia lekką będzie, a Matka ma w swojej opiece, pewnie herbatę w Limbo pije. - Ciotka w końcu postawiła przed nimi talerze z jedzeniem. - Gdyby mógł, to by z nami jadł, a że nie może, to... niech spoczywa w pokoju. - A tutaj wcale nie brzmiała na smutną. Powiedziała to tak lekkim tonem, jakby jej to w zasadzie wszystko jedno było.
- I co się stało z tą czupakabrą? - Zachęcił ją Laurent. Nie był pewien, czy w ogóle ta historia była prawdziwa, czy wyssana z palca. Brzmiała jak wyssana z palca. Chociaż może było w niej jakieś ziarenko prawdy...
- Zemdlałam z utraty krwi prosto w silne ramiona tego młodzieńca! Ledwo ode mnie tę czupakabrę oderwali! Wtedy sama byłam jak ta gałązka wierzby na wietrze... Gdybyś tam był, Basiliusie, na pewno szybciej wróciłabym do zdrowia. - Laurent zrobił trochę nietęgą i niepewną minę, ale co miał powiedzieć, że jej nie wierzy?