- Skoro łączysz dupę ze swoją osobą, to już na pewno nie mógłbym zapomnieć. - Uśmiech zatańczył na jego wargach, chociaż po pierwszym pytaniu mógł wątpić, czy to nie kolejne niepewności nim szargają, skoro nadawali na nich od wczoraj. Nie... nie na nich. Z nimi. Nadawali z nimi, bo chyba Fleamont brał bardzo poważnie to, co zostało powiedziane. O byciu razem, o życiu razem, o umieraniu razem. Dzisiaj... ha! W tej godzinie będzie to zakotwiczone, a za godzinę mógłby znowu spoglądać niespokojnie i miotać się jak pies na zbyt krótkim łańcuchu. Tak, no właśnie. Pies. Nie powinien był tego mówić i nie powinien był wbijać takiej szpili. Chciałby powiedzieć przed samym sobą, że nie wiedział, co go opętało, ale to nie była prawda. Złość, zazdrość. Tak silna antypatia do tej kobiety, że fakt, że Flynn się za nią opowiadał całkowicie przysłoniło mu pole widzenia. Czuł się na to... niegotowy? Dziwna myśl zważywszy na to, że przecież już nie raz i nie dwa spotykali się tym przyjemnym trójkącie. - Kompozycja "do dupy" nie brzmi przy tym wcale jak coś złego.
Zaśmiał się na ten porost, nawet za głośno jak na jego własne standardy - za głośno jak na to, że raczej nie chciałeś, by góry, doliny, rzeki czy inne sarny się wsłuchiwały w twój głos. Smok mógł być w swojej jamie, a mógł być też akurat na polance pięćdziesiąt metrów od nich i właśnie budzić się ze swojej drzemki przez to, ze Cain prychnął śmiechem nieprzygotowany na taką puentę żartu. Właśnie - żartu, prawda? Fakt, że Flynn był nieprzewidywalny. Gardził czarną magią, a pewnie gotów byłby sam zanurzyć w niej ręce z rozpaczy. Na razie to był jednak żart, żadna przepowiednia - Cain przynajmniej postanowił to tak potraktować i tak zapisać w swojej głowie. Zaraz obok potwierdzenia, że wiedział, jak ważne dla tego człowieka było to, by nie być samotnym.
- Zaraz obudzę samego... Flynn! - Czy tak wyglądał zawał? Tak MUSIAŁ wyglądać zawał, bo serce mu podskoczyło aż do gardła i chyba na moment przydusiło. I to wcale nie w ramach łapania przyjemności. Wyciągnął do niego ręce i złapał go, przez moment stojąc i wpatrując się z przestrachem w dół. Bo już było na co w dole patrzeć. Zdążyli się wspiąć niezły kawał. - Kurwa mać... - Odetchnął z ulgą, mając świadomość, że chyba wszystkie włoski na jego ciele stanęły dęba. - Miałbyś zjebany nagrobek. - Puścił go powoli. - Patrz pod nogi, albo będę cię nieść na barana. - W przypadku Crowa to nawet mogło dla niego zabrzmieć jak obietnica? Albo było w zasadzie prośbą - bo przecież się martwił. Jak cholera. Nawet jeśli Flynn był taki wysportowany i... zaraz, jaki był? - Ech... pewnie coś z lamami? - Też nie wiedział, co to jest lamerskie. I nie wiedział, co to jest lama, zrobił skonfundowaną minę i pokręcił głową, jakby chciał od siebie odgonić natłok dziwnych, niechcianych myśli. W tym wypadku chciał odgonić myśli brak. - Ale brzmiało, jakby pasowało do zdania. - No... dawało takie odczucie po prostu? Chociaż niby intuicja do domena kobiet.