01.07.2024, 21:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.07.2024, 22:04 przez Millie Moody.)
Powiedział jej „brzmisz jak ja”, zupełnie jakby byli do siebie niesamowicie podobni, i było to kurewsko adekwatne zdanie, była to ta sytuacja, bo ona... nie potrafiła wybrać. I nawet nie chodziło o to kto się z kim pieprzył i dlaczego. Seks był w głowie Mildred głównie sposobem rozładowania napięcia, zabawą, odreagowaniem, odkuciem się, rzuceniem na kolana omamionego typa i zgaszenie go jak peta. Ale emocjonalnie Moody była roztrzaskana na milion kawałeczków, jakby jej miłość była stłuczoną filiżanką, która rozpaczliwie próbuje skleić i nabrać wody, która powinna dać jej uleczenie. Z oczywistych względów bycie posuwaną przez brata nie wchodziło w grę. Jak mocno by go nie kochała, kiedy Matka ich formowała w swoim wielkim księżycowym tyglu on zagrał wszystko - wzrost, mięśnie, rozum, urodę, szlachetność i przede wszystkim jebany normalny mózg. A normalni ludzie nie lecieli na swoje rodzeństwo i w tym miejscu należałoby postawić kropkę.
Peregrinus z kolei cierpiał uwiązany do chorej matki i toksycznego pracodawcy. Miles sama zaczęła go unikać nie mogąc patrzeć na to jak jego rodzicielka się męczy, ale w głowie rzeczywistość się odkształcała, w jej głowie to on unikał jej, bo nie mogł znieść na dłuższą metę tego, jaka jest pojebana. Mildred było za dużo. Zawsze i na zawsze. Nawet gdy się spotykali, widziała to zmęczenie pod koniec spotkań, uciekające oczy, słyszała jego milczenie, czuła sztywność gestów. Kochała go, ale miłość to za mało. On miał jej dość. Ostatecznie, jeśli nie udawała normalnej, wszyscy mieli jej dość.
Poza chudym kelnerem, któremu ładnie było w długich włosach, ale umówmy się, byli dla siebie zupełnie obcy, nawet jeśli overshering wjechał na pełnej kurwie.
Odetchnęła głęboko, otwartymi dłońmi głaszcząc maskę samochodu, nie dbając o to czy ubrudzi sobie skórę, czy ubrudzi sukienkę. Nie dbając o to, że on ją właśnie porwał. Po krótkiej chwili położyła się na masce patrząc w niebo, rozpuszczając przy tym włosy, pozwalając im otoczyć się czarną aureolą kruczych piór. Zmierzchało, a chmury ułożyły się...
Rzut Symbol 1d258 - 142
Muszla (dobra nowina)
Muszla (dobra nowina)
... niemal słyszała poszum morza. Czy to wybrzeże o którym wspominał poprzednim razem? Czy pojadą na klif?
– Moneta odwróci się, a Ty, może ja.. nie wiem, któreś z nas w końcu dostanie dobre wieści. – przymknęła spulchnione płaczem powieki. Makijaż trzymał się zajebiście, w końcu był magiczny. Chociaż tyle dobrego. – Fajnie, że się ruchasz z bratem. Jak się jeszcze kochacie, to się nie zastanawiaj. Taka więź jest jedna na całe życie – powiedziała, nie mając pojęcia o detalach tego miłosnego trójkąta w którym kuzyn (jej kuzyn) odgrywał tak istotna rolę. – Jak chcesz mogę kiedyś postawić Ci związkowego tarota. Karty to dziwki, ale otwierają oczy czasem... na różne sprawy. Ze mnie się śmieją, ale to wiesz, to ja, mszczą się, że nie okadzam ich pierdami jednorożców między tasowaniami. – Nawet się uśmiechnęła, gdy znów uchyliła złociste oko i łypnęła nim na swojego towarzysza. Podciągnęła nogę, ale tylko po to by przez rozcięcie sukienki sięgnąć do różdżki umiejscowionej na udzie. – Jeden call i możemy ruszać.– powiedziała Bezimiennemu i skupiła się na splocie, tkając zaklęcie niewielkiego motyla, który miał przekazać Christopherowi, że cóż została porwana i odezwie się na dniach.