01.07.2024, 22:13 ✶
Alexander gotów był podtrzymywać ogień póki ciała nieumarłych nie obrócą się w proch: pozwoliłby wiatrom ponieść ich popioły we wszystkie cztery strony świata, tak, by pokutująca czerń, użyźniając ziemię Windermere, przeobraziła się w fiolet. Jakże kusiło go, by podpalić truchło na nowo. Ledwie trupia pochodnia poczęła dogasać, on już podnosił rękę, by przywołać żywioł, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. To tylko jebany topielec, któremu ryby wyjadły oczy i duszę, odpuść, to nie jest twój brat, on nigdy nie miał duszy, którą można byłoby się pożywić.
Poczekał, aż zgasną ostatnie płomienie, i resztką siły cisnął ciała w stronę brzegu jeziora, byle dalej od krateru poświęconego kurhanu.
Głośno wyłamał palce, zdrętwiałe od podtrzymywania zaklęcia. Tylko on wiedział, że pobielałe knykcie chciały zacisnąć się na szyi brata, nie na drewnianym trzonku różdżki.
– Mógłbyś sprawdzić, czy wszystko w porządku z Ambrosią? – zwrócił się spokojnie do Basiliusa Prewetta, uzdrowiciela, którego twarz słusznie wydała mu się znajomą w trakcie Lammas: odwiedzali przecież te same kasyna. – Upadła. – Upadła, powtórzył w myślach, rozgoryczony. Jedno słowo, które przesądzało o życiu albo śmierci, jedno słowo, które oddzielało szczęście od rozpaczy. Czy tylko tyle zdołałby z siebie wykrztusić, gdyby nie magia uzdrowienia? Upadła – a on jej nie złapał. – Przydałoby się też naprawić nogę Morpheusa. – Do bólu praktyczny. Po tej prośbie, było jasnym, gdzie leży lojalność Alexandra. Jeżeli chcieli doprowadzić sprawę Windermere do końca, powinni być w pełni sił.
Niebieskie ślepia jasnowidza uważnie lustrowały otoczenie: w przeciwieństwie do reszty, milczał, nie dołączając się do celebracji czy pochwał: zignorował zaczepki Moody, brednie Bagshota, piski dziewcząt. Wyjątkowo zostawił innym dyskusję na temat tego, co robić dalej.
Przesunął wzrokiem po twarzach ludzi zgromadzonych wokół katafalku. Tłum jak na cygańskim pogrzebie, pomyślał, opierając na chwilę dłoń na talii Ambrosii, kiedy wyminął ją, by podejść bliżej do katafalku. Pochylił się nad ołtarzem, na którym spoczywały nienaruszone kości Triony. Nie zamierzał ich dotykać, z obawy przed marimé – grzechem, z ktorego musiałby się rytualnie oczyścić – Alexander mógł nosić nazwisko Mulciber, ale powinien się nazywać Ayers, tak, jak jego matka, bo w chwilach, kiedy gorąca krew burzyła się w żyłach mężczyzny, ten zawsze powracał do wiary swych przodków.
Tłum jak na cygańskim pogrzebie, pomyślał znów, tym razem bez ironii. Triona miała już wytworną trumnę, usłaną bujnym kwieciem, i kondukt żałobników. Brakuje tylko pieśni, wznoszącej się ku niebu razem ze strużką dymu z płonącego wozu.
Nieważne, że Triona nie była Cyganką. Nie myślał nawet o tym, że była mugolką. Ocaliła Ambrosię, więc zasługiwała na spokój. Musiał jej oddać należyte honory, zanim opuszczą kurhan. Ogień, który Windermere widziało jako narzędzie destrukcji, był dla Romów pochodnią oświetlającą drogę ku zaświatom. Alex nie mógł dać Trionie ognia, ale mógł jej dać światło.
Zaczął szeptać po romsku, próbując ukształtować wieniec z czerwonych kwiatów, emanujących jasnym blaskiem.
na kształtowanie
Poczekał, aż zgasną ostatnie płomienie, i resztką siły cisnął ciała w stronę brzegu jeziora, byle dalej od krateru poświęconego kurhanu.
Głośno wyłamał palce, zdrętwiałe od podtrzymywania zaklęcia. Tylko on wiedział, że pobielałe knykcie chciały zacisnąć się na szyi brata, nie na drewnianym trzonku różdżki.
– Mógłbyś sprawdzić, czy wszystko w porządku z Ambrosią? – zwrócił się spokojnie do Basiliusa Prewetta, uzdrowiciela, którego twarz słusznie wydała mu się znajomą w trakcie Lammas: odwiedzali przecież te same kasyna. – Upadła. – Upadła, powtórzył w myślach, rozgoryczony. Jedno słowo, które przesądzało o życiu albo śmierci, jedno słowo, które oddzielało szczęście od rozpaczy. Czy tylko tyle zdołałby z siebie wykrztusić, gdyby nie magia uzdrowienia? Upadła – a on jej nie złapał. – Przydałoby się też naprawić nogę Morpheusa. – Do bólu praktyczny. Po tej prośbie, było jasnym, gdzie leży lojalność Alexandra. Jeżeli chcieli doprowadzić sprawę Windermere do końca, powinni być w pełni sił.
Niebieskie ślepia jasnowidza uważnie lustrowały otoczenie: w przeciwieństwie do reszty, milczał, nie dołączając się do celebracji czy pochwał: zignorował zaczepki Moody, brednie Bagshota, piski dziewcząt. Wyjątkowo zostawił innym dyskusję na temat tego, co robić dalej.
Przesunął wzrokiem po twarzach ludzi zgromadzonych wokół katafalku. Tłum jak na cygańskim pogrzebie, pomyślał, opierając na chwilę dłoń na talii Ambrosii, kiedy wyminął ją, by podejść bliżej do katafalku. Pochylił się nad ołtarzem, na którym spoczywały nienaruszone kości Triony. Nie zamierzał ich dotykać, z obawy przed marimé – grzechem, z ktorego musiałby się rytualnie oczyścić – Alexander mógł nosić nazwisko Mulciber, ale powinien się nazywać Ayers, tak, jak jego matka, bo w chwilach, kiedy gorąca krew burzyła się w żyłach mężczyzny, ten zawsze powracał do wiary swych przodków.
Tłum jak na cygańskim pogrzebie, pomyślał znów, tym razem bez ironii. Triona miała już wytworną trumnę, usłaną bujnym kwieciem, i kondukt żałobników. Brakuje tylko pieśni, wznoszącej się ku niebu razem ze strużką dymu z płonącego wozu.
Nieważne, że Triona nie była Cyganką. Nie myślał nawet o tym, że była mugolką. Ocaliła Ambrosię, więc zasługiwała na spokój. Musiał jej oddać należyte honory, zanim opuszczą kurhan. Ogień, który Windermere widziało jako narzędzie destrukcji, był dla Romów pochodnią oświetlającą drogę ku zaświatom. Alex nie mógł dać Trionie ognia, ale mógł jej dać światło.
Zaczął szeptać po romsku, próbując ukształtować wieniec z czerwonych kwiatów, emanujących jasnym blaskiem.
na kształtowanie
Rzut Z 1d100 - 64
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 35
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat