02.07.2024, 20:20 ✶
Czarodziej przygryzł wargę, mierząc go wzrokiem.
- Łał, wczoraj wieczorem byłeś taki nieśmiały, a teraz rzucasz sprośne dowcipy - odparł, przyglądając się temu jemu uśmieszkowi wyraźnie nim oczarowany. - Chętnie sprawdzę jak będziesz gadał kiedy przetrzepię cię mocniej, ale chyba nie mamy czasu. - Wybrzmiał w tym jakiś żal, ale krótki i nieszczególnie ujmujący duszę. Zdążył już oswoić się ze skupieniem na zadaniu - zwłaszcza teraz, kiedy znajdowali się tak blisko przepaści, do której tak bardzo chciał dotrzeć. - Podobno im dłużej się czeka, tym słodszy jest pocałunek... - Tym razem to on uśmiechnął się szerzej, zarzucając włosami i mrugając do niego, odrobinę zbyt dziewczęco jak na typowe zachowanie Crowa, ale wcale nie kuło to w oczy. - I jest okej. Zachowaj ten stres na za-pięć-minut. Poza tym... zszedłbyś tam na dół, żeby zebrać miazgę po mnie do grobu? Jakie to słodkie. - Ruszył przed siebie, z miną mówiącą, że jedynym co jeszcze mógł zrobić, żeby ukazać swoją radość, było charakterystyczne chrumknięcie, jakie wymykało się czasami ludziom przed salwą szczerego śmiechu.
Nie udało mu się do końca oczyścić atmosfery po swojej stronie. Musiał wymyślić to słowo, skoro Cain go nie znał. Kolejny dziwny element większej układanki, jakby zachował w głowie wyrywki zupełnie innego życia...
- Myślałem, że będę bardziej bał się wysokości - stwierdził, patrząc w dół tejże przepaści, mogącej być końcem jego szalonej egzystencji. W sumie to ich egzystencji. Jak tam spadną, to razem. Ale nie było w nim lęku. Właściwie, to czuł się, jakby wznosił się na wielkiej wysokości już wielokrotnie, potrafił wyobrazić sobie, jak to jest lecieć wprzód ze świadomością, że jeżeli nie chwyci się czegoś z drugiej strony - zginie. Bo na dole zbyt długo nie było absolutnie nic. - Tutaj jest dobrze. - Stwierdził wreszcie, odnajdując fragment bez drzew, zarówno po tej, jak i po drugiej stronie. Chwycił go za rękę i ustawił tak, żeby Cain stał przodem do urwiska i otaczał go rękoma w pasie, kiedy on trzymał podbródek na jego barku i mógł tuż za jego plecami wytworzyć tę energię i zacząć ją zgniatać... - Złap mnie tak, jakby puszczenie mnie miało zaważyć o moim życiu. - Czyli jak? To działo się dokładnie teraz. Miał nadzieję, że odpowiedź brzmiała najmocniej na świecie... Machnął rękoma, którymi zaraz zamierzał go opleść. Czy to było bardzo szybkie? Tak. Nie dał żadnemu z nich czasu na oswojenie się z sytuacją, ale tak chyba było lepiej, to jak zerwanie plastra... czymkolwiek ten plaster był. - Na ry skaczesz tak wysoko jak potrafisz.
To, co się teraz działo, należało do zlepku różnych głupot, na które wpadał w biegu. Głupoty miały to do siebie, że jeżeli toczyło się ich kulkę wystarczająco długo i kilka mniejszych głupot dobrze się do siebie przykleiło, docierało się do czegoś noszącego w sobie znamiona geniuszu. Na przykład to zaklęcie, które rzucał na ptaki bliskie zetknięcia się z oknami Aretuzy, żeby nie traciły przytomności i nie spadały na dziedziniec, gdzie czekała je pewna śmierć, jak nie od zderzenia z gruntem, to od kotów innych czarodziejek. Do czego ono ci potrzebne? Wszyscy zawsze spadali w dół, tak? Na tym polegało spadanie, że leciało się w dół, a nie w bok. Nikt nie potrzebował zaklęć hamujących pionowy lot oprócz kilku gołębi, wróbli i dwójki kompletnych szaleńców podczas bardzo szlachetnej, ale zapewne samobójczej wyprawy do smoczego leża.
Wiatr wokół nich zawiał mocniej a wydająca cichy, jednostajny dźwięk kula energii, jaką wykształtował przy ziemi, zaczęła dusić się w ciasnej klatce, w jakiej ją zaciskał. Coraz mocniej, coraz ciaśniej, zgniatał ją i jednocześnie dokładał do niej resztki swojego gniewu i frustracji, strachu związanego z tym co miało nadejść. Kiedy zaczęła drgać i to wszystko było nieuniknione, odliczał i... aż go zamroczyło, kiedy znalazł się w górze, a kawałek gruntu osunął się w dół. Zaciskał swoje palce na plecach Caina tak mocno, że gdyby nie zbroja, typ miałby jutro najgorsze siniaki w swoim życiu, ale te siniaki to pewnie był ich najmniejszy problem. Z takimi szalonymi obliczeniami było wiele różnych problemów - trzeba było je przewidywać i uwzględnić wiele scenariuszy, albo pożegnać się z dobrymi zakończeniami, jakich tak pragnął. Obliczeniami ujął więc nie tylko wiatr, ale i ptaki mogące znaleźć się w torze ich lotu, nietoperze, zachwiania magii. Nie przewidział jednego, a tego właśnie powinien spodziewać się najmocniej. Jak to mówili - najciemniej jest pod latarnią - Crow nie przewidział... smoka! Ale przecież smok, wielka bestia nie zmieściłby się w tej przełęczy, pozostając niezauważonym, to było fizycznie niemożliwe. Fala powietrza, która zmieniła tor ich lotu, została wywołana nie przez skrzydło smoka, lecz smoczątka. To inny smok niż ten, jakiego napotkał na swojej drodze w wiosce kilka dni temu. Niestety nie miał czasu zastanowić się nad tym głębiej, bo w wyniku tego zdarzenia zaliczyli drugi najgorszy scenariusz, jaki mógł się wydarzyć. Pierwszym było skończenie jak miazga na dole bez możliwości ratunku. Drugim, jak zapewne idzie się domyślić - zawiśnięcie na krawędzi tegoż urwiska, wyłącznie na sile mięśni Wiedźmina, bo Crow zsunął się w dół i szaleńczo zaciskał ręce wokół jego pasa, rzecz jasna rozważając już puszczenie się w dół, to może uratuje się chociaż Wiedźmin.
- Cain - głos miał tak cichy, jak dziecko, które coś przeskrobało i rodzice wezwali je na zeznania. Resztką oleju w głowie spróbował zaczepić się nogą odstającego kawałka korzenia, żeby łowca mógł łatwiej podciągnąć się do góry.
- Łał, wczoraj wieczorem byłeś taki nieśmiały, a teraz rzucasz sprośne dowcipy - odparł, przyglądając się temu jemu uśmieszkowi wyraźnie nim oczarowany. - Chętnie sprawdzę jak będziesz gadał kiedy przetrzepię cię mocniej, ale chyba nie mamy czasu. - Wybrzmiał w tym jakiś żal, ale krótki i nieszczególnie ujmujący duszę. Zdążył już oswoić się ze skupieniem na zadaniu - zwłaszcza teraz, kiedy znajdowali się tak blisko przepaści, do której tak bardzo chciał dotrzeć. - Podobno im dłużej się czeka, tym słodszy jest pocałunek... - Tym razem to on uśmiechnął się szerzej, zarzucając włosami i mrugając do niego, odrobinę zbyt dziewczęco jak na typowe zachowanie Crowa, ale wcale nie kuło to w oczy. - I jest okej. Zachowaj ten stres na za-pięć-minut. Poza tym... zszedłbyś tam na dół, żeby zebrać miazgę po mnie do grobu? Jakie to słodkie. - Ruszył przed siebie, z miną mówiącą, że jedynym co jeszcze mógł zrobić, żeby ukazać swoją radość, było charakterystyczne chrumknięcie, jakie wymykało się czasami ludziom przed salwą szczerego śmiechu.
Nie udało mu się do końca oczyścić atmosfery po swojej stronie. Musiał wymyślić to słowo, skoro Cain go nie znał. Kolejny dziwny element większej układanki, jakby zachował w głowie wyrywki zupełnie innego życia...
- Myślałem, że będę bardziej bał się wysokości - stwierdził, patrząc w dół tejże przepaści, mogącej być końcem jego szalonej egzystencji. W sumie to ich egzystencji. Jak tam spadną, to razem. Ale nie było w nim lęku. Właściwie, to czuł się, jakby wznosił się na wielkiej wysokości już wielokrotnie, potrafił wyobrazić sobie, jak to jest lecieć wprzód ze świadomością, że jeżeli nie chwyci się czegoś z drugiej strony - zginie. Bo na dole zbyt długo nie było absolutnie nic. - Tutaj jest dobrze. - Stwierdził wreszcie, odnajdując fragment bez drzew, zarówno po tej, jak i po drugiej stronie. Chwycił go za rękę i ustawił tak, żeby Cain stał przodem do urwiska i otaczał go rękoma w pasie, kiedy on trzymał podbródek na jego barku i mógł tuż za jego plecami wytworzyć tę energię i zacząć ją zgniatać... - Złap mnie tak, jakby puszczenie mnie miało zaważyć o moim życiu. - Czyli jak? To działo się dokładnie teraz. Miał nadzieję, że odpowiedź brzmiała najmocniej na świecie... Machnął rękoma, którymi zaraz zamierzał go opleść. Czy to było bardzo szybkie? Tak. Nie dał żadnemu z nich czasu na oswojenie się z sytuacją, ale tak chyba było lepiej, to jak zerwanie plastra... czymkolwiek ten plaster był. - Na ry skaczesz tak wysoko jak potrafisz.
To, co się teraz działo, należało do zlepku różnych głupot, na które wpadał w biegu. Głupoty miały to do siebie, że jeżeli toczyło się ich kulkę wystarczająco długo i kilka mniejszych głupot dobrze się do siebie przykleiło, docierało się do czegoś noszącego w sobie znamiona geniuszu. Na przykład to zaklęcie, które rzucał na ptaki bliskie zetknięcia się z oknami Aretuzy, żeby nie traciły przytomności i nie spadały na dziedziniec, gdzie czekała je pewna śmierć, jak nie od zderzenia z gruntem, to od kotów innych czarodziejek. Do czego ono ci potrzebne? Wszyscy zawsze spadali w dół, tak? Na tym polegało spadanie, że leciało się w dół, a nie w bok. Nikt nie potrzebował zaklęć hamujących pionowy lot oprócz kilku gołębi, wróbli i dwójki kompletnych szaleńców podczas bardzo szlachetnej, ale zapewne samobójczej wyprawy do smoczego leża.
Wiatr wokół nich zawiał mocniej a wydająca cichy, jednostajny dźwięk kula energii, jaką wykształtował przy ziemi, zaczęła dusić się w ciasnej klatce, w jakiej ją zaciskał. Coraz mocniej, coraz ciaśniej, zgniatał ją i jednocześnie dokładał do niej resztki swojego gniewu i frustracji, strachu związanego z tym co miało nadejść. Kiedy zaczęła drgać i to wszystko było nieuniknione, odliczał i... aż go zamroczyło, kiedy znalazł się w górze, a kawałek gruntu osunął się w dół. Zaciskał swoje palce na plecach Caina tak mocno, że gdyby nie zbroja, typ miałby jutro najgorsze siniaki w swoim życiu, ale te siniaki to pewnie był ich najmniejszy problem. Z takimi szalonymi obliczeniami było wiele różnych problemów - trzeba było je przewidywać i uwzględnić wiele scenariuszy, albo pożegnać się z dobrymi zakończeniami, jakich tak pragnął. Obliczeniami ujął więc nie tylko wiatr, ale i ptaki mogące znaleźć się w torze ich lotu, nietoperze, zachwiania magii. Nie przewidział jednego, a tego właśnie powinien spodziewać się najmocniej. Jak to mówili - najciemniej jest pod latarnią - Crow nie przewidział... smoka! Ale przecież smok, wielka bestia nie zmieściłby się w tej przełęczy, pozostając niezauważonym, to było fizycznie niemożliwe. Fala powietrza, która zmieniła tor ich lotu, została wywołana nie przez skrzydło smoka, lecz smoczątka. To inny smok niż ten, jakiego napotkał na swojej drodze w wiosce kilka dni temu. Niestety nie miał czasu zastanowić się nad tym głębiej, bo w wyniku tego zdarzenia zaliczyli drugi najgorszy scenariusz, jaki mógł się wydarzyć. Pierwszym było skończenie jak miazga na dole bez możliwości ratunku. Drugim, jak zapewne idzie się domyślić - zawiśnięcie na krawędzi tegoż urwiska, wyłącznie na sile mięśni Wiedźmina, bo Crow zsunął się w dół i szaleńczo zaciskał ręce wokół jego pasa, rzecz jasna rozważając już puszczenie się w dół, to może uratuje się chociaż Wiedźmin.
- Cain - głos miał tak cichy, jak dziecko, które coś przeskrobało i rodzice wezwali je na zeznania. Resztką oleju w głowie spróbował zaczepić się nogą odstającego kawałka korzenia, żeby łowca mógł łatwiej podciągnąć się do góry.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.