Chętnie uczestniczył w konwersacji z udziałem Agnès, jak i towarzyszącej mu Sophie. Nadejście rodziców dziewczyny postrzegał jako swoiste zakłócenie w ich planach na ten wieczór. Jego oczekiwania co do tego wieczoru gier hazardowych można było podsumować: szampańska zabawa. Nie brakowało mu kobiecego towarzystwa, nie zabraknie mu pieniędzy a alkohol będzie lał się strumieniami. Będzie też mógł raczyć się tymi wszystkimi smakołykami.
— Podejdziemy do nich niebawem. — Zapewnił swoją towarzyszkę, unosząc w tym momencie kąciki ust w delikatnym uśmiechu. Nawet jak zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, co działo się pomiędzy członkami tej rodziny, to i tak zdążył zaobserwować pewne rzeczy - niuanse skomplikowanych relacji między krewnymi, jak chociażby ojcem a córką. Widocznie nie istniała rodzina idealna.
— Dowiesz się pierwsza, ciociu. — Utwierdził w tym przekonaniu starszą czarownicę, do której zwrócił się i tym razem po francusku. Prawdopodobnie było to jedno z wielu kłamstw, którymi regularnie ją karmił. Posłał kobiecie pełen wdzięczności uśmiech.
— W moim odczuciu to dobry interes... nie tak dobry jak inwestowanie w gorzelnictwo. — Zabrał głos. W jego odczuciu świece i kadzidła potrzebowała tylko pewna grupa ludzi, natomiast alkohol będzie zawsze się sprzedawać.
Tym razem to on znalazłszy się w ogniu pytań ze strony ojca rudowłosej otwierał usta aby odpowiedzieć na zadane mu pytanie. W tym jednak ubiegła go Sophie. Częściowo był w stanie się zgodzić się, co do tego, że obecne otoczenie przytłoczyło młodą Mulciberównę, która zdawała się zupełnie inaczej zachowywać przed spotkaniem z rodzicami, którzy rzucali zbyt długie cienie. To było coś, co znał z czasów, kiedy wiódł swoje prawdziwe życie.
Nie zamierzał utrudniać ojcu kontaktów ze swoją córką, nawet jak wychodził z założenia, że jedno męskie ramię z zasady wystarczało kobietom. W tym przypadku to miało być jego ramię zamiast tego ojcowskiego. To też do niego powinno należeć pytanie swojej towarzyszki o to, czy czuje się dobrze, zechce się przewietrzyć czy może opuścić posiadłość jego ciotki. Jedno było pewne - wszystkie rozmowy rodziców z córkami będą musiały poczekać - nie po to zaprosił piękną dziewczynę na takie przyjęcie, aby oni popsuli ten wieczór. O ile to nie miało już miejsca.
— Zapewniam panią, że pani pasierbicy włos z głowy nie spadnie. — Poinformował kobietę, która do nich podeszła na chwilę. W tym aspekcie wydawała się być bardziej rozsądna od swojego męża.
— Akurat finansami nie powinnaś się martwić podczas tego wieczoru. — Postanowił w tym momencie zabrać głos jako ktoś, komu organizatorka tego wspaniałego przyjęcia nie szczędziła galeonów. Mógł je rozdysponować wedle własnego uznania, w tym przekazać ich część Sophie tak aby zabawiła się jak najlepszy i przyniosła mu szczęście oraz dostatek. Jak zostaną sami to będą mieli okazję szczerze porozmawiać. — Ile razy to ja zapomniałem portfela to nawet nie zliczę. — Mrugnął do niej porozumiewawczo, uśmiechając się ze zrozumieniem. Ile w tym było prawdy to wiedział tylko on. Teraz była przy nim i podczas tego wieczoru mógł spróbować uchronić ją przed złą macochą i surowym ojcem.
— Zechce pan towarzyszyć nam w drodze do tego stołu wymiany? Ja również jeszcze nie wymieniłem galeonów na żetony. — Zwrócił się stanowczo i zarazem uprzejmie do pana Mulcibera, stawiając w ten sposób pewną granicę. Jest przecież towarzyszem Sophie i to nie miało ulec zmianie przez cały ten wieczór. — Jeśli nie to musimy pana przeprosić. — Dodał po tym jak jego ciotka zdecydowała się ich opuścić celem przygotowania się do wzniesienia toastu. Nie powinni dłużej zwlekać, gdyż nie mogli tego przegapić. A przecież nie mieli w dłoniach kieliszków szampana. Na szczęście... obsługa tego przyjęcia temu zaradziła.
— Dokonamy wymiany po toaście, petit écureuil. — W pierwszej kolejności zapewnił swoją towarzyszkę, a dopiero potem jej ojca... jeśli nadal przy nich stał. Przemowy swojej ciotki wysłuchał z prawdziwą przyjemnością. Była to nad wyraz przemyślana wypowiedź. Taki toast bardzo mu odpowiadał. Po jego wygłoszeniu wzniósł swój kieliszek i upił pierwszy łyk szampana.
— Bonsoir monsieur Flitwick. Chcielibyśmy dokonać wymiany zanim zasiądziemy przy stole... z ruletką, jak sądzisz moja droga? — Poinformował tego czarodzieja, przed którym złożył równo odliczone pięćset galeonów. Zwrócił się do swojej towarzyszki.
wymieniam 250 galeonów na 50 żetonów
@Robert Mulciber