03.07.2024, 11:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:19 przez Lorraine Malfoy.)
jestem pięknym świecidełkiem zdobiącym ramię Eden
...Ale kimże jesteśmy, by ją osądzać, podsumowała ironicznie dyskusję na temat Agnès Delacour, tonem wybitnie świadczącym o tym, że są jedynymi, które mogą ją osądzać, że zostały stworzone, być może, właśnie w tym celu.
Lorraine Malfoy z niewymuszoną gracją ujęła swoją ulubioną kuzynkę pod rękę. Nie ma podobnych nam ludzi. Echo słów, które Malfoyowie powtarzali częściej niż własne motto, wydawało się odbijać od ścian eleganckiej rezydencji pani Delacour wraz ze stukotem obcasów kobiet, które na przyjęcie weszły, jak przystało na arystokratki, modnie spóźnione. Jesteśmy tylko my.
Uśmiech Lorraine był nieprzenikniony.
Ustrojona w szampańską suknię mieniącą się srebrem i złotem, nie potrzebowała biżuterii, by błyszczeć – nie, to ona była dzisiaj błyskotką, drogocennym precjozum prosto ze skarbca Malfoyów – w familiaryjnym geście owinęła się wokół ramienia kuzynki niczym wytworna bransoleta, obdarowując ją hojnie czarownym blaskiem wiły, który jubilerskim szlifem podkreślił chłodną, wybitnie szlachetną urodę Eden – tak jak ona obdarowała wcześniej ubogą krewną zawartością swojej szafy. Lorraine z pełnym uwielbienia wyczekiwaniem wpatrywała się w jej twarz. Czułe, ciepłe spojrzenie wiły przypominało słońce, świecące najpiękniej na hardym mrozie, kiedy frywolne promienie padały na skutą lodem śnieżną pokrywę – zimne oblicze Eden.
To nie było pochlebstwo, to było ślepe oddanie. Oddanie dobrze znane wszystkim, których wiła obdarzała miłością.
Jak na kogoś, kto uczynił ze swojego życia grę, Lorraine Malfoy żywiła nieprzejednany wstręt do hazardu. Kiedy jednak Eden zabierała ją na przyjęcia dla czarodziejskiej śmietanki towarzyskiej, nigdy nie odmawiała: była jej oczami i uszami, uczennicą i doradczynią zarazem, wierną sojuszniczką i… miłą towarzyszką. Nieważne, jaka była tym razem motywacja kuzynki: wiła potrafiła wyczuć, czego od niej oczekuje, i to wystarczało.
Arystokraci mogli sobie pozwolić na znudzoną obojętność w obliczu takich spotkań, ale nawet ignorancja Lorraine była doskonale wystudiowana. Powiodła spojrzeniem po twarzach gości. Kojarzyła tu wszystkich – niemal wszystkich, skonstatowała sucho, napotykając wzrokiem twarz egzotycznie pięknego mężczyzny o hinduskiej urodzie, ale czarujący nieznajomy stał u boku monumentalnego Anthony'ego Shafiqa, a skoro Anthony go znał, to tak, jakby i Lorraine znała go osobiście: mam od tego ludzi, mawiali żartobliwie w takich sytuacjach, trochę z powagą, a trochę z leniwym zblazowaniem, tak też pomyślała teraz Lorraine, nie zatrzymująca się nigdzie spojrzeniem na dłużej – nie przeszkadzała jej ani trochę własna anonimowość. Malfoy, tyle dało się powiedzieć o Lorraine na pierwszy rzut oka, i tyle też w zupełności wystarczało. Srebrnoblond włosy, przypominające barwą platynę. Wyniosłe uśmiechy. Aura wyższości i samozadowolenia. To, że razem z kuzynką weszły w trakcie toastu, całkowicie niespeszone, przyjmując kieliszki z szampanem z gracją należną co najmniej gościom specjalnym przyjęcia.
“Kto nie ma szczęścia w kartach, ma szczęście w miłości”, rzuciła sentencjonalnie Agnès, a delikatny uśmiech zaigrał na wargach Lorraine.
– Zastanawiam się, jakaż to szczęśliwa karta zapewniła jej obecny status – szepnęła kpiąco tuż przy uchu Eden, upewniając się, że nikt inny nie usłyszy tej wymiany zdań. – Sama najchętniej przeszłabym płynnie ze stanu panieńskiego do wdowieństwa. – Drobne złośliwostki wycelowane we wszystkich dookoła były poniekąd ich językiem miłości.
W przepełnionym szacunkiem milczeniu spełniła toast, upijając nieco z kieliszka. Znów rozbrzmiała muzyka. Ach, pierwszy z czterech Walców Mefisto, prowokujący, by powiedzieć “trwaj chwilo, jesteś piękna” – nie kto inny, jak Celine Delacour na fortepianie – niewielu znała przecież śmiałków, którzy odważyliby się rzucić wyzwanie technicznej maestrii Liszta. Westchnęła, oczarowana. Zwróciła się zaraz do kuzynki, już normalnym tonem.
– Żałuję, że nie gram w karty równie dobrze, jak na fortepianie. W razie niepowodzenia, zadedykuję ci następny koncert w Muzie – w ramach rekompensaty moralnej.
Owszem, żałowała, że nie gra w karty lepiej, choć miała dobrego nauczyciela. Atreus – goszczący tutaj ze słodką Vioricą na ramieniu – wyjaśnił jej niegdyś zasady wielu gier hazardowych, wykazując się zaskakującą cierpliwością wobec naiwnych pytań. Lorraine posłała towarzyszącej mu kobiecie uśmiech, wiedząc już, że nie usiądzie przy ich stoliku: myśl, że reprezentantka Nokturnu zdeklasuje resztę konkurencji i okradnie bogaczy z galeonów, przyjemnie łaskotała tkliwe ego Malfoy... Ale jej szlachetnie urodzona kuzynka powinna grać z ludźmi z wyższej sfery. Już wcześniej zdążyła dyskretnie szepnąć Eden, kto był wart jej uwagi.
...Ale kimże jesteśmy, by ją osądzać, podsumowała ironicznie dyskusję na temat Agnès Delacour, tonem wybitnie świadczącym o tym, że są jedynymi, które mogą ją osądzać, że zostały stworzone, być może, właśnie w tym celu.
Lorraine Malfoy z niewymuszoną gracją ujęła swoją ulubioną kuzynkę pod rękę. Nie ma podobnych nam ludzi. Echo słów, które Malfoyowie powtarzali częściej niż własne motto, wydawało się odbijać od ścian eleganckiej rezydencji pani Delacour wraz ze stukotem obcasów kobiet, które na przyjęcie weszły, jak przystało na arystokratki, modnie spóźnione. Jesteśmy tylko my.
Uśmiech Lorraine był nieprzenikniony.
Ustrojona w szampańską suknię mieniącą się srebrem i złotem, nie potrzebowała biżuterii, by błyszczeć – nie, to ona była dzisiaj błyskotką, drogocennym precjozum prosto ze skarbca Malfoyów – w familiaryjnym geście owinęła się wokół ramienia kuzynki niczym wytworna bransoleta, obdarowując ją hojnie czarownym blaskiem wiły, który jubilerskim szlifem podkreślił chłodną, wybitnie szlachetną urodę Eden – tak jak ona obdarowała wcześniej ubogą krewną zawartością swojej szafy. Lorraine z pełnym uwielbienia wyczekiwaniem wpatrywała się w jej twarz. Czułe, ciepłe spojrzenie wiły przypominało słońce, świecące najpiękniej na hardym mrozie, kiedy frywolne promienie padały na skutą lodem śnieżną pokrywę – zimne oblicze Eden.
To nie było pochlebstwo, to było ślepe oddanie. Oddanie dobrze znane wszystkim, których wiła obdarzała miłością.
Jak na kogoś, kto uczynił ze swojego życia grę, Lorraine Malfoy żywiła nieprzejednany wstręt do hazardu. Kiedy jednak Eden zabierała ją na przyjęcia dla czarodziejskiej śmietanki towarzyskiej, nigdy nie odmawiała: była jej oczami i uszami, uczennicą i doradczynią zarazem, wierną sojuszniczką i… miłą towarzyszką. Nieważne, jaka była tym razem motywacja kuzynki: wiła potrafiła wyczuć, czego od niej oczekuje, i to wystarczało.
Arystokraci mogli sobie pozwolić na znudzoną obojętność w obliczu takich spotkań, ale nawet ignorancja Lorraine była doskonale wystudiowana. Powiodła spojrzeniem po twarzach gości. Kojarzyła tu wszystkich – niemal wszystkich, skonstatowała sucho, napotykając wzrokiem twarz egzotycznie pięknego mężczyzny o hinduskiej urodzie, ale czarujący nieznajomy stał u boku monumentalnego Anthony'ego Shafiqa, a skoro Anthony go znał, to tak, jakby i Lorraine znała go osobiście: mam od tego ludzi, mawiali żartobliwie w takich sytuacjach, trochę z powagą, a trochę z leniwym zblazowaniem, tak też pomyślała teraz Lorraine, nie zatrzymująca się nigdzie spojrzeniem na dłużej – nie przeszkadzała jej ani trochę własna anonimowość. Malfoy, tyle dało się powiedzieć o Lorraine na pierwszy rzut oka, i tyle też w zupełności wystarczało. Srebrnoblond włosy, przypominające barwą platynę. Wyniosłe uśmiechy. Aura wyższości i samozadowolenia. To, że razem z kuzynką weszły w trakcie toastu, całkowicie niespeszone, przyjmując kieliszki z szampanem z gracją należną co najmniej gościom specjalnym przyjęcia.
“Kto nie ma szczęścia w kartach, ma szczęście w miłości”, rzuciła sentencjonalnie Agnès, a delikatny uśmiech zaigrał na wargach Lorraine.
– Zastanawiam się, jakaż to szczęśliwa karta zapewniła jej obecny status – szepnęła kpiąco tuż przy uchu Eden, upewniając się, że nikt inny nie usłyszy tej wymiany zdań. – Sama najchętniej przeszłabym płynnie ze stanu panieńskiego do wdowieństwa. – Drobne złośliwostki wycelowane we wszystkich dookoła były poniekąd ich językiem miłości.
W przepełnionym szacunkiem milczeniu spełniła toast, upijając nieco z kieliszka. Znów rozbrzmiała muzyka. Ach, pierwszy z czterech Walców Mefisto, prowokujący, by powiedzieć “trwaj chwilo, jesteś piękna” – nie kto inny, jak Celine Delacour na fortepianie – niewielu znała przecież śmiałków, którzy odważyliby się rzucić wyzwanie technicznej maestrii Liszta. Westchnęła, oczarowana. Zwróciła się zaraz do kuzynki, już normalnym tonem.
– Żałuję, że nie gram w karty równie dobrze, jak na fortepianie. W razie niepowodzenia, zadedykuję ci następny koncert w Muzie – w ramach rekompensaty moralnej.
Owszem, żałowała, że nie gra w karty lepiej, choć miała dobrego nauczyciela. Atreus – goszczący tutaj ze słodką Vioricą na ramieniu – wyjaśnił jej niegdyś zasady wielu gier hazardowych, wykazując się zaskakującą cierpliwością wobec naiwnych pytań. Lorraine posłała towarzyszącej mu kobiecie uśmiech, wiedząc już, że nie usiądzie przy ich stoliku: myśl, że reprezentantka Nokturnu zdeklasuje resztę konkurencji i okradnie bogaczy z galeonów, przyjemnie łaskotała tkliwe ego Malfoy... Ale jej szlachetnie urodzona kuzynka powinna grać z ludźmi z wyższej sfery. Już wcześniej zdążyła dyskretnie szepnąć Eden, kto był wart jej uwagi.