03.07.2024, 15:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.07.2024, 15:56 przez Millie Moody.)
Był rozkosznie mazgajowaty, kiedy tak tulił się do jej ręki jak skopany przez przechodniów szczeniaczek. Nie żeby był w jej typie (jeśli można było mówić o jej typie), bo patrząc na statystyki jej "randek" lubiła spotykać się z bucowatymi czyściuchami traktującymi ją jak ściera z powodu urodzenia i zawodu, głównie po to, by nimi jak ścierą szorować - ku obopólnemu zadowoleniu - podłogę.
– Lubię skakać, to zajebiste uczucie, jak nie możesz oddychać przez moment – wzruszyła ramionami. To pierwszy raz? Bynajmniej.
Ale teraz sama była we wrażliwości, w końcu uwolniona, w końcu czująca wiatr w skrzydłach. Przesunęła rękę głębiej, na głowę między gęste kosmyki brązowych włosów, głównie po to by ściągnąć ów głowę w dół, na swoje uda. Jej to pomagało. Ona lubiła, gdy palce masowały skalp, gdy mogła skupić się tylko na dotyku.
– Brat mi zabronił umierać. – Powiedziała absolutnie szczerze, a ramiona zadrżały na wspomnienie tego momentu gdy urodziła się dla świata po raz trzeci. Pierwszy z łona matki, drugi po piorunie, trzeci teraz... po wizycie w czerni i szarości. Wzdrygnęła się, ale chwile potem znów rozluźniła i skupiła na cichej pieszczocie małego pieska. Ciekawe czy adoptowali by go w Warowni? Lubili tam psy.
– Nie jesteś sam debilu. Siedzisz tu ze mną przecież – dodała po chwili zastanowienia, prychając pogodnie, choć chronologia jego stwierdzeń i jej ripost została zaburzona. Millie myślała o tym co mu powiedzieć, no bo przecież nie chciała licytować się na to, kto ma gorzej. Dzisiaj nie miała ochotę na mierzenie się penisami. – Wiesz mogłabym zapytać karty. To straszne kurwie, punktujące to jak masz w życiu przejebane, ale też czasem potrafią być miłe, potrafią wskazać drogę. Bo wiesz panie piękny nieznajomy, jak już sięgnąłeś dna, to łatwiej się zaprzeć i od niego odbić. – palce zjechały na kark, drapiąc go delikatnie.
– Lubię skakać, to zajebiste uczucie, jak nie możesz oddychać przez moment – wzruszyła ramionami. To pierwszy raz? Bynajmniej.
Ale teraz sama była we wrażliwości, w końcu uwolniona, w końcu czująca wiatr w skrzydłach. Przesunęła rękę głębiej, na głowę między gęste kosmyki brązowych włosów, głównie po to by ściągnąć ów głowę w dół, na swoje uda. Jej to pomagało. Ona lubiła, gdy palce masowały skalp, gdy mogła skupić się tylko na dotyku.
– Brat mi zabronił umierać. – Powiedziała absolutnie szczerze, a ramiona zadrżały na wspomnienie tego momentu gdy urodziła się dla świata po raz trzeci. Pierwszy z łona matki, drugi po piorunie, trzeci teraz... po wizycie w czerni i szarości. Wzdrygnęła się, ale chwile potem znów rozluźniła i skupiła na cichej pieszczocie małego pieska. Ciekawe czy adoptowali by go w Warowni? Lubili tam psy.
– Nie jesteś sam debilu. Siedzisz tu ze mną przecież – dodała po chwili zastanowienia, prychając pogodnie, choć chronologia jego stwierdzeń i jej ripost została zaburzona. Millie myślała o tym co mu powiedzieć, no bo przecież nie chciała licytować się na to, kto ma gorzej. Dzisiaj nie miała ochotę na mierzenie się penisami. – Wiesz mogłabym zapytać karty. To straszne kurwie, punktujące to jak masz w życiu przejebane, ale też czasem potrafią być miłe, potrafią wskazać drogę. Bo wiesz panie piękny nieznajomy, jak już sięgnąłeś dna, to łatwiej się zaprzeć i od niego odbić. – palce zjechały na kark, drapiąc go delikatnie.