03.07.2024, 20:14 ✶
Flynn wyraźnie posmętniał, ale też spoważniał. Nie rzucał już niczym i jak zawsze przyjął ten cios bez zasłaniania się, trochę jakby do tego przywykł, chociaż do takich rzeczy nie dało się przywyknąć. Wysłuchał wiadro kolejnych niepochlebnych słów, odepchnął go od siebie jeszcze raz i zacisnął palce obu dłoni. Kochał go każdego i to go bolało? Chuj mu po takiej miłości, w której w rzeczywistości nie chciało się być.
- Jesteś wstrętny - odparł, z miną jakby miał zaraz zwymiotować. - Chciałeś mnie naprawdę tylko wtedy, kiedy byłem w najniższym punkcie swojego życia. Dbanie o ludzi, na których ci zależy, kochanie ich jest dla ciebie żałosne? Heh, zapracowałem sobie na to, przyjmę to z opuszczoną głową, bo żyłem najgorzej, jak się dało, ale przetrwam to i nie uważam, żeby dało się na mnie zrzucić wszystko co się tu stało. - Fajnie snuło się z nim te trzy lata temu wszystkie fajne plany, miło obserwowało się to, jak dawał z siebie wszystko, żeby zrealizować te cholerne występy, żeby tworzyć dla Fantasmagorii tak dużo i tak intensywnie, jak tylko pozwalał mu na to jego charakter. Przed Lammas stresował się jak małe dziecko, po Lammas od tego stresu zwymiotował. Ale to wciąż było za mało. Co innego miał robić? Jak miał pokazać, że mu zależy, jeżeli nie angażując się w działania cyrku... którego nawet nie lubił! Oh kochał tańczyć, ale zdecydowanie lepiej tańczyło się w miejscach, gdzie nikt się na ciebie nie gapi.
Dwie osoby, które kochał najbardziej na świecie, powiedziały mu to samo. Przywiązywanie się do niego było żałosne. On był żałosny. Mieli rację, ale on bardzo nie chciał, żeby mieli rację.
- Jakoś kurwa zniosę to, że nie umiesz zaakceptować tego jak żyję i nie chcesz ze mną być, że to jaki jestem, nie jest dla ciebie wystarczające, żebyś mnie przy sobie chciał. Będę w ciszy pluł jadem na dupę, którą sobie znajdziesz. Ale dam sobie radę, bo chcę, żebyś był szczęśliwy. - Mówił to drżącym głosem, napięty, stojąc jak słup soli i cudem powstrzymując napływające łzy. - Natomiast NA PEWNO nie zniosę TEGO. - Kolejnej zniewagi. - Nie będziesz mi mówił, że nie warto mnie kochać, ani że nie potrafię kochać. - Ta miłość była ostatnim, co chroniło go przed kompletnym upodleniem. - A już na pewno nie będziesz mnie bił. Nie zniosę tego drugi raz. Kocham cię, Al, naprawdę nigdy nie chciałem, żeby to się tak... skończyło? - Nie udało mu się, te łzy ostatecznie potoczyły się po jego policzkach, a on zaszlochał. Niedbale otarł je ręką i podniósł z ziemi swoje spodnie, żeby je założyć. Nie chciał tu być, ale nie chciał też iść do Bletchleya, on mu przecież powiedział to samo. Dlaczego jego życie musiało tak wyglądać...? Usiadł na łóżku, naciągając na siebie nogawki i unosząc magią papierosa, który wypadł mu z ust po niedbałym ciosie. Ledwo cokolwiek widział, obraz mu się rozmazał i wcale nie zanosiło się na to, że szybko będzie mógł stąd wyjść. - N-nie wiem nawet czyy kiedy m-mówisz te-e rzeczy t-to jesteś poważny czy nie-e. - Wytarł oczy w koszulkę, starając się to jakkolwiek opanować, ale wszystko było bezskuteczne.
- Jesteś wstrętny - odparł, z miną jakby miał zaraz zwymiotować. - Chciałeś mnie naprawdę tylko wtedy, kiedy byłem w najniższym punkcie swojego życia. Dbanie o ludzi, na których ci zależy, kochanie ich jest dla ciebie żałosne? Heh, zapracowałem sobie na to, przyjmę to z opuszczoną głową, bo żyłem najgorzej, jak się dało, ale przetrwam to i nie uważam, żeby dało się na mnie zrzucić wszystko co się tu stało. - Fajnie snuło się z nim te trzy lata temu wszystkie fajne plany, miło obserwowało się to, jak dawał z siebie wszystko, żeby zrealizować te cholerne występy, żeby tworzyć dla Fantasmagorii tak dużo i tak intensywnie, jak tylko pozwalał mu na to jego charakter. Przed Lammas stresował się jak małe dziecko, po Lammas od tego stresu zwymiotował. Ale to wciąż było za mało. Co innego miał robić? Jak miał pokazać, że mu zależy, jeżeli nie angażując się w działania cyrku... którego nawet nie lubił! Oh kochał tańczyć, ale zdecydowanie lepiej tańczyło się w miejscach, gdzie nikt się na ciebie nie gapi.
Dwie osoby, które kochał najbardziej na świecie, powiedziały mu to samo. Przywiązywanie się do niego było żałosne. On był żałosny. Mieli rację, ale on bardzo nie chciał, żeby mieli rację.
- Jakoś kurwa zniosę to, że nie umiesz zaakceptować tego jak żyję i nie chcesz ze mną być, że to jaki jestem, nie jest dla ciebie wystarczające, żebyś mnie przy sobie chciał. Będę w ciszy pluł jadem na dupę, którą sobie znajdziesz. Ale dam sobie radę, bo chcę, żebyś był szczęśliwy. - Mówił to drżącym głosem, napięty, stojąc jak słup soli i cudem powstrzymując napływające łzy. - Natomiast NA PEWNO nie zniosę TEGO. - Kolejnej zniewagi. - Nie będziesz mi mówił, że nie warto mnie kochać, ani że nie potrafię kochać. - Ta miłość była ostatnim, co chroniło go przed kompletnym upodleniem. - A już na pewno nie będziesz mnie bił. Nie zniosę tego drugi raz. Kocham cię, Al, naprawdę nigdy nie chciałem, żeby to się tak... skończyło? - Nie udało mu się, te łzy ostatecznie potoczyły się po jego policzkach, a on zaszlochał. Niedbale otarł je ręką i podniósł z ziemi swoje spodnie, żeby je założyć. Nie chciał tu być, ale nie chciał też iść do Bletchleya, on mu przecież powiedział to samo. Dlaczego jego życie musiało tak wyglądać...? Usiadł na łóżku, naciągając na siebie nogawki i unosząc magią papierosa, który wypadł mu z ust po niedbałym ciosie. Ledwo cokolwiek widział, obraz mu się rozmazał i wcale nie zanosiło się na to, że szybko będzie mógł stąd wyjść. - N-nie wiem nawet czyy kiedy m-mówisz te-e rzeczy t-to jesteś poważny czy nie-e. - Wytarł oczy w koszulkę, starając się to jakkolwiek opanować, ale wszystko było bezskuteczne.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.